fbpx

Korea Południowa

Korea Południowa. Kraj, do którego się nie jeździ, jak słyszałem od wielu osób, mówiąc o swoich planach. Tym bardziej chcę go zobaczyć! Czy było warto? Zapraszam do przeczytania relacji z 9-dniowej, intensywnej wyprawy!

👉 tradycja i konserwatyzm w jednym z najnowocześniejszych państw świata
👉 niesamowite targi spożywcze i esencja street foodu (w tym ruszające się macki ośmiornicy)
👉 koreańskie Hawaje, czyli wulkaniczna wyspa Jeju z białymi plażami i wodospadami
👉 egzotyczne wybrzeże wysp Geoje-do i Namhae-do
👉 buddyjskie (i nie tylko) świątynie
👉 tradycyjna wioska Hahoe wśród pól ryżowych
👉 rezerwat przyrody nad zatoką Suncheon-man
👉 plantacja herbaty Daehan Dawon
👉 wielomilionowe miasta błyszczące neonami
👉 spojrzenie z granicy na najbardziej zamknięte i okrutne państwo świata


Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

Czwartek, 26 września 2019 r. – Budapeszt

Po godzinie 9 dojechaliśmy Flixbusem do Budapesztu, stacji Nepliget. Po kilkunastu minutach doszliśmy do hotelu, w którym spałem w 2016 r. przed lotem do Japonii. Tak jak wtedy i tak jak się spodziewałem, usłyszeliśmy, że zameldowanie jest od godziny 14. Cały hotel był pełny. Tak samo jak podczas dwóch kolejnych prób zameldowania się przed czasem, już w Korei. Branży hotelarskiej powodzi się chyba zbyt dobrze. 😊 Tutaj doceniam Ibisa Budget, mój ulubiony hotel 1*, w którym zameldowanie jest od godziny 12 (wcześniej za dopłatą 20 zł), mimo że wymeldowania tak samo – do godziny 12. A zazwyczaj można je jeszcze bezpłatnie przedłużyć do godziny 14. To się nazywa skala, doświadczenie w branży i prawo wielkich liczb (dzięki któremu wcale nie dochodzi do sytuacji, że cały hotel wymelduje się dopiero o 12 i równo o 12 przyjadą kolejni goście). 😊 Niektóre hotele za to potrzebują z bezpiecznym dla siebie zapasem nawet 5 godzin, żeby posprzątać pokój.

Wskazówka: Jeśli chcielibyście zostać w hotelu nieco dłużej, np. ze względu na lot powrotny dopiero wieczorem czy powrót z imprezy nad ranem – zapytajcie wcześniej o możliwość późniejszego wymeldowania. Oficjalnie jest za to opłata – czasem rozsądniejsza niż oczekiwanie 12 godzin na lot w gorącym kraju bez możliwości odświeżenia się, ale czasem te 2-3 godziny udaje się otrzymać za darmo.

Zostawiliśmy więc bagaże i pojechaliśmy do centrum miasta zjeść langosza na miejskim targu. To już moja trzecia wizyta w Budapeszcie, więc wrzucę tylko kilka zdjęć. 😊

Piątek, 27 września 2019 r. – lot Budapeszt – Seul

O godzinie 12:30 wylecieliśmy z Budapesztu bezpośrednio do Seulu. Dreamlinerem (Boeing 787-800) Polskich Linji Lotniczych LOT (taka była oryginalna pisownia z lat powstania naszego przewoźnika). LOT buduje tu swój drugi hub, bazę, poza Warszawą. Lata stąd także bezpośrednio do Nowego Jorku. Jest obecnie węgierskim przewoźnikiem narodowym, który zastąpił upadłą w 2012 roku linię Malev. Trochę śmiałem się z domniemanego politycznego charakteru tej decyzji, ponieważ jak wiemy z TVP, Polskę we wszystkim popierają liczni europejscy liderzy, tzn. między innymi Węgry i w zasadzie to głównie Węgry, ale samolot był pełny, co do jednego miejsca. Niezależnie za ile sprzedano bilety i czy wyciśnięto z tego lotu tyle, ile się dało (służy temu dyskryminacja cenowa, czyli sprzedawanie tego samego, w tym wypadku biletu, w różnych cenach w zależności od momentu rezerwacji), współczynnik zapełnienia (load factor) na poziomie 100% wróży świetnie. Może jednak za uruchomieniem tej trasy stały też przesłanki ekonomiczne, no no. 😊 W większości pasażerami byli Koreańczycy. Azjatów w Budapeszcie jest naprawdę dużo. Na pokładzie narodowego przewoźnika mieliśmy okazję obejrzeć laurkowy, ckliwy, nieco naiwny i infantylny dokument o tym, jak amerykański podróżnik odwiedza Polskę, a jego przewodnikiem jest premier Morawiecki.

Poprzez brak choćby jednego wolnego miejsca w samolocie nie udało mi się zastosować swojej strategii wyboru miejsc, ale gdyby w samolocie było jedno wolne miejsce, to byłoby to miejsce między nami, które pozwoliłoby nam we dwójkę mieć do dyspozycji 3 miejscowy rząd. Jeszcze godzinę przed wylotem miejsce to było wolne jako jedyne w samolocie.

Wskazówka: Jeśli masz możliwość wyboru miejsc w samolocie, lecąc w 2 i więcej osób, wybieraj miejsca skrajne. Np. w 3 miejscowym rzędzie miejsce przy oknie i przy przejściu, a w środkowym 4 miejscowym rzędzie miejsca przy przejściu. Nikt sam nie wybierze miejsca środkowego wśród obcych ludzi, ani też obsługa lotniskowa mu tego nie zrobi. Dopiero gdy będzie taka konieczność przez 100% zapełnienie samolotu, ktoś otrzyma takie miejsca. Wtedy jednak, każdy z radością zgodzi się na zamianę na wybrane przez Ciebie miejsce skrajne – przy oknie bądź przejściu, a Ty ze swoim towarzyszem usiądziecie obok siebie. Czyli korzystając ze strategii nic nie tracisz, w najgorszym wypadku wracasz do sytuacji wyjściowej, jednak z dużym prawdopodobieństwem możesz zyskać nawet 4 osobowy rząd lecąc jedynie we dwójkę.

Sobota, 28 września 2019 r. – Seul, dzień 1

Po godzinie 6 rano wylądowaliśmy w Seulu. Było jeszcze ciemno. Lotnisko było duże, czyste i przyjemne. Nieco długo staliśmy w kolejce do kontroli paszportowej. Później wybraliśmy pieniądze z bankomatu. Tak najprościej i najtaniej, ale o tym jak rozsądnie płacić za granicą, piszę tutaj. Niewielką kwotę, bo w zasadzie wszędzie (z wyjątkiem autostrad!), nawet w najtańszych barach, czy bardziej garkuchniach,można było płacić kartą. Terminale były wbudowane w kasach lub ekranach POS. Kupiliśmy bilety na autobus 6011 (Airport Limousine; 10 000 KRW = 33 zł), którym w 1:10h dojechaliśmy prawie pod hotel. Pierwsze wrażenia bardzo dobre – spokój, porządek, brak głośnych rozmów, ciekawskich spojrzeń, szacunek, kultura. Pomyślałem – kraj idealny dla introwertyków.

Stare Miasto w Seulu, okolice pałaców Gyeongbokgung i Changdeokgung oraz dzielnica Bukchon między nimi w ogóle nie sprawiały wrażenia, że znaleźliśmy się w mieście zamieszkanym przez ponad 10 milionów ludzi. Trochę małomiasteczkowo, sennie, była jeszcze wczesna godzina i do tego sobota. Uliczki nie zachwycały delikatnie mówiąc. Niektóre bary z jedzeniem powoli się otwierały i docierały z nich różne, nie zawsze przyjemne zapachy. Gdybym nie jeździł trochę po świecie, to bałbym się tam zjeść, tak jak podczas mojej pierwszej dalekiej podróży do Chin w 2011 roku. Pomyślałem sobie – niższa wersja Japonii.

Dotarliśmy do hostelu, gdzie oczywiście nie było żadnego wolnego pokoju, więc zostało nam czekać do oficjalnej godziny zameldowania, czternastej. Zostawiliśmy walizki i poszliśmy zjeść. Trafiliśmy do baru prowadzonego przez przyjemnego (tutaj to akurat żaden wyróżnik i to mi się podoba!) Koreańczyka i jego żonę. Zjedliśmy dość kleistą, ryżową zupę z owocami morza. Jako dodatek we wszystkich restauracjach podaje się przynajmniej kimchi. Są to różne kiszonki, z których słynie Korea i czasem tych kiszonek podaje się wiele w roli przystawek i dodatków, ale najczęściej mówiąc kimchi ma się na myśli kiszoną kapustę. Kiszoną z czosnkiem, sosem rybnym i sproszkowaną czerwoną papryczką. Bardzo ciekawy, kwaśno-gorzko-ostry smak. Do posiłków podaje się także wodę, bezpłatnie, bez limitu.

Po posiłku zwiedziliśmy pałac Changdeokgung. Szczerze – nic takiego. Typowy dla tej części świata i kultury. Ale to też zmęcenie. 🙂 Za to zwiedzany następnego dnia pałac Gyeongbokgung wywarł na nas większe wrażenie.

Wyszliśmy z pałacu prosto w dzielnicy Bukchon, składającej się z wąskich uliczek i gdzieniegdzie starych domostw. Często połączonych jednak z nowoczesnością choćby zaparkowanym przed nimi dobrym samochodem. Było klimatycznie.

Wróciliśmy do hostelu zdrzemnąć się. Udało się zameldować nieco wcześniej. Wszystkie obiekty noclegowe w Korei mają kilka wspólnych cech. Jedna z nich to mały przedpokój, gdzie wg napisu powinno zostawić się bagaż (a co się stanie, jeśli wejdzie dalej?) oraz zdjąć buty i założyć klapki (są na wyposażeniu). Pokój i przedpokój, jeśli dzielą je drzwi, zazwyczaj są na nieco innym poziomie, więc w nocy można się potknąć. W przedpokoju zawsze czeka przymocowana do ściany latarka, która zaczyna świecić w momencie zdjęcia jej ze ściany. A w okolicy okien na podłodze czeka zestaw z liną do ewakuacji przez okno. Całkiem porządny.

Zdrzemnęliśmy się i krótko po zachodzie słońca kontynuowaliśmy zwiedzanie. Poszliśmy do dzielnicy Insa-dong, wypełnionej dziesiątkami ciasnych barów, małymi stolikami na zewnątrz, skwierczącym na stolikowych grillach mięsem czy gotującym się na tych samych stolikach wywarem (hot pot). Kultura jedzenia w pełnej okazałości. Świeżo, na żywo, samodzielnie. To mi odpowiada. 😊

My zjedliśmy pierogi na parze (jedne smażone – gorsze) w kilku odsłonach. Do tego oczywiście zupa miso, kimchi i woda gratis, podawana od razu z kartą (jeśli taka istnieje). Łyżki, pałeczki i nożyczki do mięsa i makaronu (!!), czyli jedyne potrzebne w Korei sztućce są od razu na stole, w pudełeczku lub wysuwanej szufladzie. Wszędzie płaci się wychodząc, tuż przy kasie. Nie trzeba 10 minut, żeby najpierw złapać kontakt wzrokowy z kelnerem, prosić o rachunek, potem na niego czekać, następnie czekać na podjęcie pieniędzy i ewentualną resztę.

W Korei podejście do gastronomii jest zupełnie inne. U nas w Europie płaci się za każdą kroplę wody, najlepiej jak najwięcej, koniecznie w butelce 200 ml i smaku kranówki jak Kropla Beskidu. Płaci się za każdy dodatek. A przykładowo we Włoszech płaci się jeszcze coperto za nakrycie stołu, jakby było to coś wyjątkowego i ekstra. Na koniec jeszcze oczekiwany jest napiwek, czasem doliczany z góry albo sugerowany w karcie czy na rachunku: Tips not included. W Korei za to zamawiamy coś z menu i dostajemy więcej niż się spodziewamy. Napojów nie trzeba zamawiać, bo woda jest gratis. Mało kto to robi i kelner nawet o nie nie pyta podczas przyjmowania zamówienia. A nawet jeśli chcemy, to cola 350 ml kosztuje w większości miejsc 3,30 zł, piwo nieco więcej – 13 zł (ale w sklepie najmniej 7 zł). Każdy jest uśmiechnięty (w Europie wiadomo jak bywa) i na koniec nikt nie oczekuje napiwku. Jego zostawienie wiązałoby się ze zdziwieniem. Czytałem w czyjejś relacji, że oddają go. To mi się podoba.

Po posiłku zwiedzaliśmy dalej. Dzielnica ta obfituje także w kolorowe, migające szyldy, typowe dla tej części Azji. Reklamy, wystawy czy wszelkie instrukcje choćby na stacji metra są kreskówkowe, takie śmieszne i infantylne. Specyficzny kraj. 😊

Przeszliśmy się wzdłuż rzeki Cheonggye-cheon, która została sztucznie poprowadzona przez centrum wyschniętym korytem. Efekt został osiągnięty, jest to oaza świeżości i zieleni wśród betonu dookoła.

Doszliśmy na plac Cheonggye Plaza, gdzie docierające basy i światła oraz scena w oddali zachęciły nas do sprawdzenia, co się tam dzieje. Był to Seoul Festival of Music. Początkowo artyści wykonywali dość sentymentalne piosenki, a widownia nie była zbyt żywa, ale gdy na scenie zaczęli pojawiać się młodzi gwiazdorzy korean popu (K-pop), widownia ożyła. Szczególnie nastolatki, na które co jakiś czas spoglądała kamera transmitująca obraz na telebimie, rozanielone, krzyczące i machające ledowym świecidełkiem w kształcie mikrofonu. Jak zauważyłem to nieodłączny element zestawu fanki. Nie jestem fanem k-popu, nawet trochę śmiałem się z jego fanów w Europie, ale muszę przyznać, że są to dość przyjemne, zachodnie rytmy, a sam język wydaje mi się dużo przyjemniejszy niż chiński czy japoński. Do tego ruch sceniczny i choreografia młodych gwiazdorów k-popu (pomijając że śpiewających niestety z playbacku)… wyglądało to naprawdę dobrze.

Niedziela, 29 września 2019 r. – Seul, dzień 2

Po skromnym śniadaniu w hostelu rozpoczęliśmy zwiedzanie. Krótko po wyjściu w okolicy usłyszeliśmy modły. Weszliśmy do buddyjskiej świątyni, na piętro. Po drodze były napisy po angielsku, że można tam wejść. A następnie nakazujące zdjąć buty. Nie chcąc przeszkadzać, ograniczyliśmy się do spojrzenia na modlących się sprzed drzwi prowadzących do głównej sali. Jedne drzwi były dla wiernych, drugie dla mnichów. Co także było wyjaśnione po angielsku. Nikt nie zwrócił na nas uwagi, nie czuliśmy się nieswojo. Rytuał polegał na odczytywaniu pewnych sekwencji z książki oraz na uderzaniu przez jednego z kilku mnichów w bębenek. Podobny przebieg transmitowanej „mszy” słyszeliśmy czasem w radiu jadąc samochodem. Ciekawe doświadczenie.

Pierwszym punktem tego dnia była świątynia Jongmyo. Podobnie jak pałac Changdeokgung bez szału, w zasadzie to samo. Miłośnicy zabytków i kultury wschodu pewnie by się oburzyli na taką ignorancję, ale z punktu widzenia przeciętnego turysty – wszystko to jest bardzo podobne. 😊 Ma swoją ważną historię, czym wyróżnia się na tle innych świątyń, ale historia ta jest nam tak kulturowo i czasowo odległa, że mnie osobiście nie pasjonuje. Dużo bardziej interesuje mnie współczesna Korea i to, jak wygląda tutaj życie. W pałacach i świątyniach zwiedzamy głównie zdobione fasady, ściany i sufity, które o życiu nawet w tamtych czasach, a tym bardziej dzisiaj, nie mówią nic.

Bardzo za to interesuje mnie jedzenie. 😊 Dlatego udaliśmy się na targ Gwangjang Market. Minęliśmy strefę z „modą”. A bardziej tekstyliami spełniającymi funkcję okrycia ciała. Zauważyliśmy, że ubrania spełniają tutaj głównie tę rolę. Starsze pokolenia ubierają się w stonowane barwy, workowate kroje i uderzające sztucznością materiały. Popularne są plastikowe kurtki i okrywające całe ciało kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe, gdy tylko spadną 3 krople deszczu. Lata 80. w ubogiej wersji. Młodsze pokolenie ubiera się lepiej, ale także dość zachowawco. Ludzie się raczej nie wyróżniają. To nie Japonia, gdzie niektórzy są bardziej „przebrani” (za coś) niż „ubrani”, a młode dziewczyny w zielonych włosach wymalowane na różowo jak kukiełki.

Wracając do jedzenia. Wkroczyliśmy do strefy, gdzie znajdowały się restauracje serwujące świeże owoce morza w formie gotującego się na stoliku gości wywaru z warzywami. Do tego oczywiście kimchi i inne przystawki. Z mięs bardzo popularny był tatar wołowy oraz tatar wołowo-ośmiornicowy. Ciekawe połączenie. Miejsc z jedzeniem było coraz więcej, coraz tańszych i bardziej tłocznych. Jednym ze specjałów targu była kaszanka. Gruba i często leżąca wśród jeszcze niezmielonych podrobów, z których później powstanie. Miałem okazję spróbować ją kilka dni później. Niestety okazała się dość bezsmakowa i gumowata za sprawą wypełniającego ją w dużym stopniu przezroczystego makaronu ryżowego. Nie czułem tam mięsa.

Chodziliśmy wzdłuż niekończących się straganów z jedzeniem i nie mogliśmy się zdecydować gdzie zjeść. Ostatecznie moją uwagę zwróciła surowa, świeżo cięta ośmiornica. Tak świeża, że jeszcze się ruszająca.

Spróbowałem. Specjalnego smaku nie miała, stąd też została czymś polana i posypana, ale nie chodziło w tym o smak, ale o przygodę. I faktycznie była to przygoda. Bez większej obawy próbowałem ruszające się jeszcze kawałki. Mina nieco mi zrzedła, kiedy poczułem, że macka przyssała mi się do ust. Nie mogłem jej oderwać pałeczkami, musiałem ręką. Od tego momentu wybierałem te mniej ruszające się kawałki i dość szybko je rozgryzałem, żeby mieć pewność, że… nie wezmą mnie za gębę. 😊

Oprócz ośmiornicy zjadłem bibimbap, czyli ryż z popularnymi w Korei kiszonkami (i czasem wołowiną). Na pewno zdrowe, całkiem dobre, ale dość monotonne. Chcieliśmy popić wszystko soju, wiedząc tylko, że jest to popularny napój alkoholowy i skoro jego butelka kosztuje tyle ile piwo, to nie może być mocny. Niestety smakował jak rozcieńczona wódka. Słaba, ale i tak niedobra. Wymieniliśmy drugą nieotwartą butelkę na piwo. Koreańczycy piją to bardzo często do posiłków. Widocznie im smakuje.

Po kulinarnej przygodzie spacerem doszliśmy do Dongdaemun Design Plaza. Nowoczesnej bryły bez kątów prostych, kryjącej w swoich wnętrzach różne wystawy poświęcone designowi.

Następnie podjechaliśmy metrem na Seul Plaza, gdzie znajduje się ratusz i kolejny taki sam ( 😊 ) pałac Deoksugung. Mieliśmy okazję poobserwować ceremonię zmiany warty, trwającą jakieś 20 minut, w ciągu których zdążyliśmy zjeść ciastko w Donkin Donuts z widokiem na ten rytuał. Tradycja i nowoczesność. O tak, Korea jest bardzo zamerykanizowana. Znajdziemy tu dużo więcej gastronomicznych sieciówek z USA niż w Europie.

Na krótko przed zachodem słońca i zamknięciem, odwiedziliśmy w zasadzie najważniejszy zabytek Seulu, wpisany na listę UNESCO Pałac Gyeongbokgung. I ten faktycznie zrobił na nas wrażenie. Rozległością i większą różnorodnością także, ale przede wszystkim był położony nieco na uboczu, z widokiem na góry, a nie szczelnie otoczony betonowym miastem jak inne zabytki. Do tego piękne, ciepłe światło zachodzącego słońca. Polecam.

Można śmiało zwiedzić tylko ten pałac i tym samym ograniczyć czas spędzony w Seulu do 1 pełnego dnia. Da się, o ile jest się w miarę wypoczętym (np. przyleciało wieczorem poprzedniego dnia). Przewodnik zaleca na stolicę 4 dni, więc to by się mniej więcej zgadzało z tym co piszę w poradniku odnośnie planowania zwiedzania, że należy takie porady podzielić przez 3, o ile nie chce się wchodzić do każdego muzeum. Zawsze zwiedza się coś kosztem czegoś, każdy wybór ma swój koszt alternatywny. Każdy ma inne preferencje, ale ja wolałbym spędzić 1 dzień w Seulu i 1 dzień na wyspie Jeju niż tydzień w Seulu. Miasto jest ciekawe, ale w Korei jest dużo ciekawszych miejsc. 😊

Po opuszczeniu pałacu jeszcze raz przeszliśmy się nieodwiedzonymi do tej pory uliczkami dzielnicy Bukchon. Klimatycznie. Na kolację wybraliśmy jedną z tłocznych garkuchni. Wybraliśmy pierożki i zupę z kimchi. Niestety na naszym egzemplarzu karty (w większości przypadków są angielskie tłumaczenia!) nie było dopisku długopisem, że ta zupa podawana jest na zimno. Ale była duża i dobra. Oczywiście dość ostra, jak prawie wszystko w Korei. Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na ostrość, to zostają mu głównie pierożki i białe, makaronowe zupy, a bardziej makaron z kawałkami owoców morza lub kurczaka w makaronowym, skrobiowym bulionie. Nie raz ciekło nam z nosa i czoła. I tak zakończyliśmy zwiedzanie Seulu.

Poniedziałek, 30 września 2019 r. – Wschodnia część wyspy Jeju

Wstaliśmy bardzo wcześnie, żeby zdążyć na lot na Wyspę Jeju (wym. Czedżu) o godzinie 06:25. Chciałem maksymalnie wykorzystać dzień, ale przesadziłem. Mapy Google działają w Korei specyficznie. Nie da się pobrać obszaru offline, a mapa online jest trochę mniej czytelna niż zazwyczaj. Działa wyznaczanie tras jedynie komunikacją publiczną. Wynika to z warunków, jakie postawiła Korea. To ciekawe, bo Mapy Google w Korei Północnej (!) działają ponoć świetnie. Mimo, że nikomu się to nie przyda. Skoro nie ma tam internetu, to pewnie i smartfonów też, a nawet jeśli by były, to pewnie tylko z aplikacją do słuchania przemówień Kim Dzong Una mówiącego, że najgorszy kraj na świecie to raj.

Według Map Google autobusy miały jeździć od godziny 4, co 10 minut, a podróż na lotnisko zająć 40 minut. Niestety autobusy jeździły co pół godziny, a podróż na lotnisko zajęła 1:20h. Na lot krajowy można stawić się przy gejcie nawet 10 minut przed wylotem i mniej więcej tyle nam zabrakło. Jeszcze próbując przejść do kontroli bezpieczeństwa widzieliśmy napis „boarding” odnośnie naszego lotu na tablicy, który chwilę później zniknął. Trudno. Drugi raz w życiu nie zdążyłem na samolot. Na ponad 200 lotów w ponad 99% przypadków zdążam. 😊 Nie jest źle. Całe szczęście i tym razem był to niedrogi lot, a do tego bardzo popularna trasa (chyba ponad 20 lotów dziennie), więc mimo zakupu last-minute (na trasach tanich linii w Europie mogłoby to oznaczać dramat cenowy), kupiłem kolejny, na kolejną godzinę za 120 zł. Mam nauczkę.

Po godzinie 9 wylądowaliśmy na Wyspie Jeju. Tak jak w USA, do wypożyczalni dotarliśmy autobusem z wypożyczalni. Wypożyczalnia składała się z dużego budynku, w nim kilkunastu stanowisk obsługi klienta z systemem kolejkowym oraz dużego parkingu. Formalności z podpisami na tablecie dopełniliśmy sprawnie i sympatyczny pracownik zaprowadził mnie do naszego samochodu, nad którym na ledowej tablicy wyświetlało się moje nazwisko. Wszystko skomputeryzowane. Protokół odbioru też na tablecie. Była to Kia Morning, czyli nasza Kia Picanto.

Chcąc upewnić się, że hotel jest pełny, a zameldowanie dopiero od 15, pojechaliśmy do hotelu i tak też było. Rozpoczęliśmy zwiedzanie.

W kurorcie blisko Jeju City zjedliśmy smażone krewetki, niestety smakujące panierką. Kimchi za to jak prawie zawsze było doskonałe, a sympatyczny i przejęty właściciel donosił je jak tylko zniknęło. Na witrynie jego restauracji wisiała plansza z kilkoma ujęciami z kulinarnego programu telewizyjnego, w którym wzięła udział restauracja. Raczej nie Kuchenne Rewolucje, bardziej coś o odkrywaniu smaków. 😊 To dość popularne, w wielu restauracjach czy nawet straganach z jedzeniem na targu można zobaczyć takie plansze. Jeden ze straganów w Seulu chwalił się, że wziął udział w netflixowej produkcji.

Później zatrzymaliśmy się na plaży Hamdeok

oraz na plaży Gimnyeong.

Dojechaliśmy do tuneli lawowych Manjang-gul. Do przejścia w temperaturze ok. 14 stopni i 100% wilgotności był 1 kilometr w każdą stronę. Tabliczki, także po angielsku, wyjaśniały w jaki sposób powstały określone formacje i kształty.

Podczas dalszej drogi zatrzymaliśmy się coś zjeść. Po raz pierwszy menu nie było po angielsku. Ze znajomością języka w Korei jest dość źle. W pewnych sytuacjach równie dobrze mógłbym mówić po polsku i tak samo jak mój koreański rozmówca, co też często (chyba) robią, starał się używać mniej wyszukanych słów, tłumaczyć na różne sposoby albo mówić słowami kluczowymi. Niestety w ten sposób nie znajdziemy drogi porozumienia. Ale jest za to Tłumacz Google, także offline. I kilkukrotnie z niego korzystaliśmy. Z wpisywanym tekstem radzi sobie dobrze. Tłumaczy także ze zdjęć, np. menu, nawet offline, ale dość słabo mu to wychodzi. Może online działa lepiej. W tej restauracji jednak oddelegowana znajoma obsługi (sama była klientką z tego co widziałem) mówiła kilka słów po angielsku, głównie noodle, octupus, spicy. Prosiliśmy, żeby danie to nie było ostre, odpowiedziała, że dla nich nie jest (poprzez translator), więc… zjedliśmy w wielkich potach. 😊

Następnie wspiąłem się na wulkan Ilchul-bong, na który już wcześniej zerkaliśmy pocąc się nad talerzem gorącego makaronu w ostrej zupie. Widoki świetne. Mimo pochmurnej i deszczowej pogody. Wszystkie atrakcje w Korei, podobnie jak w USA i innych zamerykanizowanych krajach (np. RPA), są bardzo dobrze przygotowane. Parkingi, kilka budynków z toaletami, a nawet Starbucks, Donkin Donuts i inne. Całe szczęście to jest przed wejściem, po wejściu na teren danej atrakcji kończy się atmosfera karuzeli i jest już tak jak być powinno – naturalnie. No poza tym, że są dobrze przygotowane schody i szlaki. 😊

Ze szczytu wulkanu, oprócz zarośniętego krateru i Morza Wschodniochińskiego, po drugiej stronie można było podziwiać panoramę wyspy Jeju. Widać, że jest dość silnie zurbanizowana. Jak i cała Korea. 30 lat temu było inaczej, jak dowiedziałem się od Koreańczyka mieszkającego od lat w USA, który nas zaczepił. Koreańscy emigranci z USA często są rozmowni. Może to kwestia tego, że znają język? 😊 W Korei mieszka 50 milionów ludzi, na powierzchni 3 razy mniejszej od Polski, którą w dodatku w 70% stanowią góry. Więc gdzieś mieszkać muszą. Ale niestety psuje to wrażenia z koreańskich Hawajów, bo tak można nazwać wyspę Jeju. Dla zainteresowanych moja relacja z Hawajów jest tutaj. 😊

Rozpadało się. W drodze powrotnej przejechaliśmy przez Seongeup Folk Village, ale była jak wymarła i nie zdecydowaliśmy chodzić się między chatkami w deszczu. Kilka dni później byliśmy w dużo ładniejszej wiosce.

Wtorek, 1 października 2019 r. – Zachodnia część wyspy Jeju

Hotelowe śniadanie było najlepszym z 3, jakie mieliśmy okazję spróbować. Pozostałe 2 to były tosty z dżemem, kawa i herbata. Na to podano ziemniaczane curry, pierożki, płatki, rogaliki oraz oczywiście bogaty wybór kiszonek. Dość obiadowo.

Pierwszym punktem był Park Narodowy Hallasan. Wybraliśmy w miarę prostą ścieżkę na krater Euseungsaengak. Druga, dalsza, prowadząca do schroniska Witse Oreum była zamknięta z powodu deszczu. I to nie obecnej mżawki, ale raczej z powodu tego, który miał nadejść.

Przejechaliśmy przez centrum wyspy na południowe wybrzeże. Ponieważ mocno padało, była to dobra pora na posiłek, żeby przeczekać. Wybór padł na miejsce zauważone z ulicy. Typowo koreańskie. Z niskimi stolikami do siedzenia na podłodze, po turecku i z grillem pośrodku stolika. Menu w koreańskich restauracjach zazwyczaj są krótkie. Tutaj były 3 rodzaje mięs – boczek, karkówka i żeberka z czarnej świni. Potrawa, której ponoć trzeba spróbować będąc na wyspie. Do tego kilka makaronów w zupie i tyle. Wybraliśmy boczek i karkówkę. Obsługa nie mówiła po angielsku, ale że menu było po angielsku, nie było żadnych problemów z porozumieniem się. Pani rozpaliła grilla, przyniosła surowe mięsa i położyła je na ruszcie. Zaleciła posolić. Tak też zrobiliśmy. Tylko tyle? W Polsce wieprzowinę przyprawia się tak, jakby ten smak dopiero się jej nadawało, jakby nie miała swojego własnego smaku. A gotowe zestawy na grill wręcz świecą w ciemności na pomarańczowo od przypraw (i chemii). Kiedy mięso powoli było gotowe, kelnerka widząc, że jesteśmy tu nowi i niedoświadczeni, złapała je szczypcami i długimi nożycami pocięła na mniejsze kawałki. Sprytne. Tak jak pisałem – łyżka, pałeczki i nożyczki to podstawowe sztućce w kuchni koreańskiej. To co z mięsem robi się dalej, podpatrzyliśmy od stolika obok. Mięso wraz z przyprawioną, zanurzoną w sosie sojowym cienko pociętą kapustą, ewentualnie zgrillowanym grzybkiem czy cebulą, zawija się w liść sałaty, ewentualnie doprawia ostrym sosem i je. Byliśmy zachwyceni jakością mięsa. Miało swój autentyczny, świetny smak, tak jak wołowina. Nie potrzebowało żadnych przypraw. Nawet tłuszcz w boczku był dość zwarty, twardy i dość smaczny. A po posiłku czuliśmy się lekko. Oprócz wody poczęstowano nas także herbatą – słodką, jakby cynamonową, po indyjsku. Wyszliśmy zachwyceni.

Grillowane mięso i hot poty (o czym później) to w zasadzie najdroższe dania, jakie jada się w restauracjach. Tutaj za każdy 200 g kawałek płaciło się 20 000 KRW, czyli 66 zł. Ale za to wszystkie liczne przystawki i woda, a nawet herbata były oczywiście w cenie. Zwykle syte makarony (noodle soup) kosztują ok. 20-30 zł, pierożki ok. 15 zł. Czyli da się żyć. W Japonii proste jedzenie w zasadzie też nie jest bardzo drogie (za 40 zł można objeść się sushi), ale w Korei tańsze są przede wszystkim hotele (dwukrotnie) i komunikacja. I to było dla mnie miłe zaskoczenie.

Kolejnym punktem trasy był wodospad Jeongbang. To dość specyficzne i trochę smutne, że tak wspaniała atrakcja przyrodnicza jest tak szczelnie obudowana miastem. Odwracając głowę raz ma się przed oczami bujną roślinność, tropik, dżunglę, a raz smutne, szare betonowe bloki. Co do budownictwa w Korei – niestety beton, beton, beton, nudne i nijakie odlewy. Przy kolejnych wodospadach było podobnie.

Drugim wodospadem był wodospad Cheonjiyeon. Tak samo z solidną infrastrukturą – parkingiem, toaletami, fast-foodami, sklepikami. Ten wodospad był nieco bardziej oderwany od miejskiego betonu w okolicy.

Następnie zatrzymaliśmy się przy formacji skalnej Oedolgae. Sama w sobie wystająca z morza maczuga nie była wyjątkowa, ale jej okolica i biegnące przez nią szlaki piesze – przepiękne. Prze całą wyspę biegnie ścieżka Jeju Olle Trail oznaczona wstążkami na drzewach i przez ten piękny fragment wybrzeża akurat przebiegała. Gdyby mieć więcej czasu – na pewno warto pochodzić nią więcej.

Chcieliśmy zobaczyć jeszcze wodospad Cheonjeyeon, udało nam się nawet wejść mimo zamknięcia kasy, ale nas po chwili zawrócono. Bo już zamknięte. Szkoda, że wodospad się zamyka. Ale to pewnie ze względu na bezpieczeństwo, które jest dość priorytetowe w Korei. Oznaką tego są między innymi wszechobecne ostrzeżenia, najczęściej kreskówkowe i oczywiście w infantylnym stylu.

Środa, 2 października 2019 r. – Hahoe Folk Village

Tego dnia, mając do dyspozycji samochód i mieszkając przy pasie startowym, nie spóźniliśmy się na samolot. 😊 Nieco ponad godzinny lot krajowy Jin Air do Seulu wykonywany był Boeingiem 777 z ponad 60 rzędami o układzie miejsc 3-4-3. A u nas do Warszawy latają ATR-y na „wiatraki”. 😊

Ponieważ loty krajowe odbywają się głównie z lotniska Gimpo, a my będziemy wracać z lotniska Incheon, musieliśmy odebrać samochód z lotniska Incheon. Po 2 minutach od wyjścia z terminala już siedzieliśmy w autobusie kursującym między lotniskami.

Wskazówka: Polecam podróżowanie, szczególnie objazdowe, tylko z bagażem podręcznym. I to nie ze względu na oszczędność. Podczas tej podróży mogliśmy nadać bagaż na każdym locie za darmo. Ale mieliśmy tylko podręczny i nikt go nie ważył, nie mierzył i nie pilnował, żeby była tylko jedna sztuka na osobę. Mieliśmy po jednej wypchanej walizce kabinowej i łącznie 3 małe torby na ramię na 2 osoby. W Europie nawet tanie linie, jak kiedyś drapieżny Ryanair, także odeszły od restrykcyjnego sprawdzania wymiarów bagażu podręcznego. Ważenia od lat nie ma już nigdzie. Dzięki podróżowaniu z bagażem podręcznym oszczędzamy czas zarówno przed wylotem (kierujemy się prosto do kontroli bezpieczeństwa i gejtu, nie nadajemy bagażu), jak i po przylocie (nie czekamy przy taśmie), do tego nasze walizki nie zużywają się, nie zgubią się (!), a ich zawartości nie grozi uszkodzenie, wylanie itp. Ograniczenia płynów do 100 ml to żaden problem. Moja kosmetyczka, nawet na weekendy w Polsce to foliowy woreczek z buteleczkami po 100 ml. Kwestia przyzwyczajenia. Kobiety też sobie radzą, to nie jest wymówka. 😊 Czy naprawdę potrzebujemy 250 ml butelkę szamponu nawet na 2 tygodnie? Czy konieczność kupienia w Rossmanie 100 ml buteleczki do przelania płynów jest gorsza niż zmarnowane przez procedury bagażowe godziny na zwiedzanie oraz ryzyko pozostania bez ubrań na kilka dni w razie zagubienia bagażu?

Odebraliśmy samochód. W strefie wypożyczalni na tak ogromnym lotnisku były tylko dwie. Lokalne, pod franczyzowym szyldem AVIS i Hertz. Na Jeju korzystaliśmy z Hertza, tym razem z AVIS. Biuro na lotnisku, samochód na lotniskowym parkingu, super, a do tego dużo ciekawszy – Hyundai Avante. Klasa compact, a nawet intermediate, mimo że zarezerwowałem najtańszą economy. To całkiem częsta sytuacja. Miał bardzo fajną wbudowaną nawigację, z której zdecydowałem się korzystać. Oprócz informacji o aktualnym ruchu (musiał mieć dostęp do internetu), dokładnych informacji o fotoradarach (minęliśmy ich chyba ze 100), pokazywała także informacje o cenach paliw na wszystkich stacjach. Rewelacja. Taką funkcjonalność mogłyby mieć Mapy Google, tak samo jak niedawno wzbogaciły się o funkcję zgłaszania fotoradarów i wypadków. To żaden problem, użytkowników jest tak dużo, że ceny byłyby bardzo szybko aktualizowane.

Ruszyliśmy. Drogi w Korei są bardzo dobre. W okolicach miast mają nawet 4-5 pasów. A i tak bywa to za mało w okresie wzmożonego ruchu. Autostrady są niestety płatne, na warunki koreańskie chyba nie są drogie, na warunki zachodnioeuropejskie też (we Francji jest drożej), ale na warunki polskie – wiadomo, że jest to nieprzyjemne. 😊 Na autostradach, mimo warunków, wcale nie jeździ się tak szybko – maksymalnie 120 km/h, ale jest dużo fotoradarów na 100-110 km/h. Zawsze oznaczonych przez 2 poprzedzające znaki z podaniem konkretnej odległości. Nie ma wariatów, którzy jadą 200 km/h, podjeżdżają 5 cm od zderzaka i wściekle migają światłami, bo skoro oni jadą 200 km/h lewym pasem, to my powinniśmy 300 km/h. Zachowanie to jest szczególnie absurdalne w polskich miastach. Co ciekawe, w Korei nie jest ściśle przyjęte, że lewym pasem jeździ się szybciej. Kiedy dojeżdża się do kogoś na lewym pasie, po prostu wyprzedza się go z prawej strony. Nikt nikomu nie miga, nie trąbi, ani blisko nie podjeżdża. Już z odległości zaczyna wyprzedzać prawym pasem. Tak, że gdy ktoś dojeżdżał do mnie z tyłu, nawet nie miałem okazji zjechać mu na prawo. Oficjalnie w Polsce (i pewnie Europie też) także można wyprzedzać z prawej strony, jednak zwyczaj jest inny. Jest to akt ostatecznej desperacji i pogardy, poprzedzonej serią rozbłysków, klaksonów i niemal dotknięć zderzaka.

Alternatywą dla płatnych autostrad są drogi krajowe (numer w niebieskiej elipsie), na których jednak częściej lub rzadziej zdarzają się światła czy miasta i jest dużo fotoradarów przy ograniczeniach do 80 km/h. W zależności od konkretnej trasy jest to sposób na bezbolesną oszczędność lub na znaczące wydłużenie trasy. Na trasach i skrzyżowaniach jest też dużo zwykłych kamer, nie tylko fotoradarów. Duży minus za światła na skrzyżowaniach. Nie są inteligentne. Nie mówię już o kamerach dopasowujących cykle do aktualnego ruchu, ale chociaż o rozsądnym zaprogramowaniu czasu cykli. Bardzo często zdarza się, że skrzyżowanie po prostu jest puste. I wszyscy czekają na czerwonym świetle nie wiadomo na kogo. Przykładowo w terenie niezabudowanym, na drodze krajowej, aż pieszemu zrobi się czerwone, mimo że nie było tego pieszego i pewnie nie będzie w ciągu najbliższej godziny. Nie zauważyłem zielonej fali. Często światła niepotrzebnie wstrzymują ruch. Co do policji – jest jej ogólnie bardzo mało, a drogówki nie widziałem wcale.

Po kilku godzinach jazdy przez góry, mgły i deszcze, dojechaliśmy do Hahoe Folk Village. Tradycyjnej wioski sprzed ponad 500 lat w dobrze zachowanym stanie. Do dziś częściowo zamieszkanej. Wpisanej na listę UNESCO. Samo jej położenie w zakolu rzeki oraz otoczenie – góry i pola ryżowe, już było wspaniałe. A do tego tradycyjna koreańska architektura, cisza, spokój. To było coś. Dużo ciekawsze niż kolejny taki sam pałac czy świątynia w Seulu.

Tuż przed zapadnięciem kompletnych ciemności, utwardzoną drogą z pięknymi widokami na bujną roślinność dojechaliśmy do Akademii Konfucjańskiej Byeongsan Sewon. Oczywiście już zamkniętej, ale samo jej otoczenie wśród przyrody i droga do niej, były też atrakcjami.

Po drodze do hotelu w Gyeongju zatrzymaliśmy się na typowym autostradowym MOP-ie. Są one bardzo dobrze zorganizowane. Jest tam restauracja z typowymi daniami koreańskimi w dobrych cenach, stragan z prostym jedzeniem na wynos (np. parówka w cieście, fuj), sklep typu Żabka, 1-2 kawiarnie i czasem jakiś zachodni fastfood typu McDonald’s. Zjadłem wołowinę bulgogi, czyli w typowej, słodkawej marynacie. I oczywiście w formie podobnej do zupy. 😊 PS. Tablica informacyjna na zdjęciu wskazuje zajętość określonych kabin w toalecie. 🙂

Deszcz padał coraz mocniej. Najszybszy program wycieraczek ledwo sobie radził. Pełne skupienie. Nagle na brzegu prawego pasa pozostałości po wypadku, hamowanie, zmiana pasa, uf. I biedni ludzie stojący pod parasolami, które chyba w niczym im nie pomogły, bo deszcz padał ze wszystkich stron. Chwilę później, w pewnym momencie ostre hamowanie – na środkowym pasie autostrady stało rozbite auto. Bez świateł, bez trójkąta ostrzegawczego, w deszcz, na nieoświetlonej autostradzie. Kierująca nim kobieta najwidoczniej uderzyła w barierkę i ją obróciło. Całe szczęście nic się nie stało, spod parasola przy barierce dzwoniła po pomoc. To były sekundy, skupiłem się na bezpiecznym ominięciu niespodziewanej przeszkody. Nawet nie zdążyłem pomyśleć, że w takiej sytuacji wszyscy powinni się zatrzymać do czasu oczyszczenia drogi, bo jadąc 100 km/h w zacinającym deszczu i natykając się nagle na nieoświetlony samochód to przepis na karambol. Ale po kilku sekundach było już za późno, żeby tam wrócić. A może inni o tym wiedzieli z koreańskich komunikatów na ekranach LED?

Po chwili nasze telefony w jednym momencie zabuczały w dziwny sposób. Komunikat o zagrożeniu. Tyle, że po koreańsku. No cóż, jedziemy dalej. Dojechaliśmy szczęśliwie do Gyongju. Przetłumaczyłem je sobie, mówiły o tajfunie.

Czwartek, 3 października 2019 r. – Gyeongju, Seokguram Grotto, Busan

Przestało padać, wyszło słońce, a na ulicach nie było śladów po potokach, jakie wczoraj po nich płynęły. Telefony znowu zabuczały o komunikacie alarmowym. Przetłumaczyłem – dotyczył zagrożenia tsunami w sąsiednich prowincjach i zalecał mieszkańcom wybrzeża przygotować się na możliwą ewakuację. Nieźle. Trasa Tajfunu Mitag wyświetliła mi się nawet na Mapach Google. Przez naszą okolicę już przeszedł (bokiem) i wycofywał się z Korei na zachód. Czyli te deszcze na Jeju od wieczora drugiego dnia to był efekt tajfunu… Przeczytałem, że na wyspie spadło ponad 600 mm (l/m2) deszczu, czyli więcej niż we Wrocławiu przez cały rok, a wiatr w górach osiągał prędkość do 110 km/h. Ponad 200 lotów było odwołanych w dniu, kiedy wylecieliśmy o 08:25 z powrotem na Półwysep. Dobrze, że nam się udało.

W drodze by coś zjeść (śniadania niestety nie było) przeszliśmy się po targu położonym wzdłuż głównej ulicy Wonhwa-ro. Tam spróbowałem plasterka kaszanki, nie chcąc decydować się na całą. Jak wcześniej wspomniałem, niestety była gumowa i raczej bezsmakowa.

Następnie przeszliśmy się przez targ Jung-ang Dong Market, aż w końcu zjedliśmy śniadanie, czyli obiad. Tak to się kończy, gdy nie ma śniadania w hotelu. 😊

Wskazówka: Jeśli to możliwe i nie wiąże się z dużo wyższym kosztem, rezerwuj noclegi ze śniadaniami. Sprawdzaj opinie o śniadaniach, czy warto i w którym hotelu są lepsze. Dzięki temu, po wymeldowaniu, jest się już najedzonym przynajmniej na najbliższe 2-3 godziny, można od razu zwiedzać i nie trzeba na siłę szukać czegoś na mieście – co zazwyczaj kończy się zjedzeniem po prostu obiadu.

Następnie odwiedziliśmy wpisany na listę UNESCO kompleks kurhanów Daereung-won, czyli grobowców rodziny władającej tutejszym dawnym Królestwem Silla. No cóż, porośnięte trawą górki. 😊

Później przeszliśmy się po klimatycznej, zabytkowej dzielnicy Hwangnam na zachód od kompleksu kurhanów.

Chcieliśmy wstąpić do Muzeum Narodowego w Gyeongju, ale z powodu święta narodowego był ogromny problem z zaparkowaniem, a do tego gonił nas czas, więc odpuściliśmy. Pojechaliśmy do świątyni Bulguk-sa, ale tam to samo – zapchany parking, korek do skrętu. Jeszcze wcześniej obejrzałem świątynię na zdjęciach i mimo niekwestionowanej wartości i wpisania na listę UNESCO, nie różniła się od tego, co już widzieliśmy. Bez żalu pojechaliśmy dalej, do świątyni Seogkuram (Grotto), najbardziej osadzonej w przyrodzie, na wzgórzu z pięknymi widokami i posągiem Buddy ukrytym w skale. Pięknie.

Po zachodzie słońca wyruszyliśmy do Busanu. To miasto ciągnie się kilometrami i ciągle ma się wrażenie, jakby było się w jego centrum. Ale za skrzyżowaniem, za dwa, za trzy dalej będzie mnóstwo budynków, reklam, szyldów. Momentami przypominał mi się Dubaj. Robi wrażenie.

Jedną z najważniejszych atrakcji Busanu jest największy targ rybny Jagalchi Market. Tak jak Tsukij w Tokio. Przy okazji – moja relacja z Japonii jest tutaj. 😊 W Tokio targ jest jednak na świeżym powietrzu, częściowo zabudowany, a tutaj budynek targu ma 7 pięter. Na parterze są świeże ryby i owoce morza, a na pierwszym piętrze restauracje. Na pozostałych piętrach są mniej widowiskowe produkty, czyli produkty suszone, inne restauracje, biura itp. W okolicy targu jest też mniejszy targ Sindoga Market, a także wiele straganów i restauracji po prostu luzem.

Po obejrzeniu stoisk na parterze, z których zadowalająco wiele było czynnych, mimo że dochodziła 22 (w Tokio o 13 wszystko już było zamknięte), usiedliśmy w restauracji na górze. Co ciekawe, wszystkie mają jedną, identyczną kartę. Dokładnie taką samą i te same ceny. A kelnerki wyjątkowo intensywnie zapraszają, jak nigdzie indziej. W końcu kryterium wyboru są właśnie one. Stoliki też wszędzie są podobne. Wybraliśmy więc pierwsze miejsce, gdzie kelnerka, która nas zaczepiła była miła (akurat wszyscy w Korei są), ale też poświęciła nam trochę czasu na wyjaśnienie dwóch sposobów zamawiania oraz próbowała mówić po angielsku (wow!).

Pierwszy sposób to gdy klient przychodzi z własnymi owocami morza kupionymi piętro niżej. Nakrycie stolika 13 zł, wywar do gotowania na stoliku 16 zł na 2 osoby, ugotowanie na parze 16-33 zł w zależności od wagi, smażenie węgorzy na patelni 16 zł od osoby.

Drugi sposób to typowa karta z konkretnymi danami i cenami. Liczyłem, że rozsmakuję się w sashimi, ale niestety było bardzo drogie. Najprostsze talerzyki od ok. 150 zł nawet do kilkuset złotych. To na targu Tsukij w Tokio było taniej. Do dziś wspominam miskę z ryżem i 3-4 rodzajami sashimi za ok. 40 zł. Zdecydowaliśmy się więc na sea food stew, czyli wywar z warzywami i owocami morza za 100 zł na 2 osoby. Nie spodziewaliśmy się, że owoce morza będą aż tak świeże, że aż ruszające się (ostryga na wierzchu) w momencie rozpalenia palnika pod garnkiem. Niesamowite przeżycie.

Piątek, 4 października 2019 r. – Morski Park Narodowy Halleyeo Haesang (wyspa Geoje-do)

Po śniadaniu w hotelu (chleb tostowy, dżem i kawa, nie to co w Polsce, gdzie śniadania są najlepsze na świecie) wyruszyliśmy na południe, ponownie nad Morze Wschodniochińskie, tym razem od strony Półwyspu Koreańskiego, a nie wyspy Jeju. Trasa początkowo nie zapowiadała się szczególnie, biegnąc dość długo autostradami i przez duże miasta.

Ale w końcu droga zmieniła się w jednopasmową, lokalną, blisko przyrody i z widokami. Na to czekaliśmy. Objechaliśmy wyspę Geoje-do. Następnie wróciliśmy na Półwysep, którym należało pokonać kawałek trasy, aż do mostu łączącego go z wyspą Namhae-do. Niestety jakąś godzinę za wcześnie zastał nas mrok i część trasy pokonaliśmy w ciemności.

Nie mając już nic do stracenia, zjedliśmy po drodze, ponownie Korean BBQ, czyli grillowane na stoliku mięso z dodatkami. Było dobre, ale już nie tak jak z czarnej świni na Jeju. 😊 Ale za to prawie 2 razy tańsze, 30 zł za kawałek 150 g. Oczywiście przystawki i woda w cenie.

Sobota, 5 października 2019 r. – Morski Park Narodowy Halleyeo Haesang (wyspa Namhae-do), Zatoka Suncheon-man oraz plantacja herbaty Daehan Dawon

W naszym pensjonacie nie było śniadań, więc zjedliśmy od razu obiad. W amerykańskim fast-foodzie Mom’s Touch. Taak, w Korei jedliśmy burgera i frytki. I to nawet już po raz trzeci podczas pobytu. 😊 W Polsce tego nie robimy, ale kuchnia koreańska, mimo że ją polubiliśmy, niestety po pewnym czasie trochę się nudzi. Przynajmniej w restauracjach menu jest bardzo podobne. Albo grillowane mięso na stoliku albo gotowany wywar na stoliku (też dość drogie) albo pierożki albo noodle soup, często spicy i nie koniecznie z sensem. Tzn. za ostre, już bez sensu, bo zabija inne smaki. Chce się odmiany. W Japonii, mimo że także lubię tę kuchnię, miałem podobnie. W Tajlandii mniej, tamtejsza nudziła mi się wolniej i chyba ją lubię najbardziej z azjatyckich. Zwłaszcza krewetki, curry i mleko kokosowe. 😊

Objechaliśmy część wyspy Namhae-do w drodze do kolejnych atrakcji. Niestety nie całą, ale nie było już czasu, by nadrabiać zaległości z wczoraj.

Dotarliśmy do Zatoki Suncheon-man. Wstęp 7000 KRW, czyli 23 zł, jeden z droższych od kiedy zwiedzamy Koreę. Do tej pory wstępy były po 3-16 zł. Co należy pochwalić, że zwiedzanie nie boli. A w zamian za opłaty dostaje się dobry parking (czasem jednak dodatkowo płatny), mnóstwo toalet na każdym kroku, dobrze wytyczone ścieżki itp. Jednocześnie infrastruktura nie psuje autentyczności atrakcji. Atmosfera karuzeli, fast-foodów i sklepów z pamiątkami nie roztacza się zbyt daleko od parkingu. W Europie z kolei bywa różnie, np. żeby wejść na Etnę płaci się 6 euro za parking, później 2 euro od osoby za podwiezienie busikiem na górę, a następnie 10 euro od osoby za wstęp na teren Parku Narodowego. W zamian otrzymuje się kilka toi-toi i… utrzymanie drewnianej barierki? Wulkan na siebie niewątpliwie zarabia.

Co do psucia autentyczności atrakcji, tym razem miałem nieco wątpliwości. Przekroczyliśmy już bramkę z biletami, a tu dalej atmosfera karuzeli. Jakaś muzyka, dzika impreza z tańcami, rzeczne i bagniste trawy sztucznie ponasadzane, żeby turystom było wygodnie zrobić wśród nich zdjęcie z paluszkami „w V”. Słabo.

Całe szczęście dalej było już bardziej autentycznie. Poprowadzono ścieżkę aż do obserwatorium na wzgórzu z pięknym widokiem, chyba najwygodniej jak się dało. Stabilne szerokie wiadukty i mostki (no poza jednym linowym, na którym wszyscy skakali), a strome podejścia wyłożone naturalnym włóknem, żeby się nie ślizgać. Łącznie 5,6 km do przejścia w obie strony. Nasyciliśmy się.

Dalej pojechaliśmy na plantację herbaty Daehan Dawon. Wstęp 4000 KRW, czyli 13 zł. Było przepięknie. Wcześniej na plantacji herbaty byłem już raz na Sri Lance w 2013 roku (tutaj jest relacja), ale to zawsze będzie na mnie robić wrażenie. W Korei powstaje zielona herbata, na Sri Lance czarna. Oczywiście jest to kwestia głównie obróbki, a nie samej rośliny. Jednak mimo pól herbacianych, w Korei nie pija się za bardzo herbaty. Do posiłków głównie wodę. Herbata jest podawana do śniadania w torebkach, oczywiście zielona, zazwyczaj ryżowa, ale poza tym nawet nie ma jej w menu w restauracjach. Przynajmniej w tych prostych, w których jadaliśmy. W Japonii w sushi barach zawsze była sproszkowana matcha i kran z gorącą wodą przy każdym stanowisku nad pasem z krążącymi talerzykami. Korea, może podążając za zachodem, bardziej rozsmakowała się w kawie. Starbucksów jest więcej niż McDonalds’ów.

Tego dnia nocowaliśmy w Mokpo. Mieście, które w przewodniku jest tylko opisane (bez ani jednej gwiazdki na 3 możliwe), patrząc na mapę może wydawać się małym miasteczkiem, a to całkiem duża metropolia. Zjedliśmy tam coś, co chyba po raz pierwszy (oprócz pierożków) nie było ostre – seafood noodle soup. Specyficzne. Makaron był gotowany w tej zupie, więc ma ona smak bulionowo-makaronowy. Ale skorupiaków dorzucono hojnie, więc nie marudzimy. 😊

Niedziela, 6 października 2019 r. – Strefa Zdemilitaryzowana, granica z Koreą Północną

Na początku krótki i niezbyt precyzyjny, ale potrzebny rys historyczny. Jak podaje Wikipedia: Do 1905 roku na Półwyspie Koreańskim istniało Cesarstwo Koreańskie. Wtedy to, po zwycięstwie w wojnie rosyjsko-japońskiej, aneksji terytorium Korei dokonała Japonia. Po kapitulacji Japonii w 1945 roku Półwysep Koreański został podzielony przez Związek Radziecki i Stany Zjednoczone na dwie strefy wpływów, oddzielone granicą wzdłuż 38. równoleżnika. Obie Koree rościły sobie prawa do bycia tą „prawdziwą”, która powinna władać całym Półwyspem, obie chciały dokonać zjednoczenia na własnych warunkach. W 1950 roku wybuchł konflikt, zainicjowany przez Koreę Północną. Przebiegał burzliwie i z wieloma zwrotami akcji, aż w 1953 roku podpisano rozejm. Podpisali go przedstawiciele Korei Północnej, Chin oraz ONZ. Bez Korei Południowej. Dlatego formalnie, obie Koree są wciąż w stanie wojny, mimo deklaracji z 2018 r. o woli demilitaryzacji półwyspu i formalnego zakończenia konfliktu. Jednym z postanowień specyficznego rozejmu było powstanie szerokiej na kilka kilometrów strefy zdemilitaryzowanej, w której żadne z państw nie może prowadzić działań wojennych. Mówi się, że jest  to najpilniej strzeżona granica na świecie.

Większość turystów zwiedza tę strefę w ramach zorganizowanej wycieczki z Seulu. Niestety drogo, nawet ponad 300 zł, ale zaletą tej wycieczki jest odwiedzenie także Panmundżonu i niebieskiego baraku, gdzie dochodzi do rozmów i negocjacji. To tam prezydent Trump był w czerwcu 2019 r. Inaczej niż w ramach zorganizowanej wycieczki z Seulu się nie da. Tańsza alternatywa to samodzielna wyprawa z Seulu urządzonym w tematyce „wojenno-zjednoczeniowej” pociągiem DMZ Train (raz dziennie) do stacji końcowej Dorasan Station, tuż przed Koreą Północną. Stacji końcowej, do której przyjeżdża jeden pociąg dziennie, a wyglądającej tak, jakby jutro miał kursować przez nią cały ruch do Korei Północnej. Stamtąd, po podpisaniu oświadczeń (po koreańsku) o świadomości i pełnej odpowiedzialności za wszystko, co mogłoby się stać w strefie DMZ, turyści udają się za 10 000 KRW (30 zł, tanio!) na objazdową wycieczkę autobusem, której plan obejmuje m.in. Obserwatorium Dora z widokiem na Koreę Północną, „pokazową wioskę” (fake village) oraz odkryty tunel infiltracyjny nr 3, który wykopała Korea Północna. Tak samo jak przy wycieczce zorganizowanej z Seulu, tyle że bez Panmundżonu. Poza podpisaniem oświadczeń, należy ubrać się odpowiednio. To znaczy długie spodnie, nie postrzępione, bez sandałów. Dlaczego? Bo Korea Północna czyni z tego użytek, robiąc zdjęcia takim turystom z użyciem zoomu i wykorzystuje propagandowo pokazując, jak na południu jest biednie…

Najdalej, gdzie można dojechać samodzielnie i bez ograniczeń, np. samochodem, jest miejscowość Imjingak nad rzeką Imjin. Stamtąd także można do godziny 15 wyruszyć na wspomnianą wycieczkę objazdową. I udałoby się to nam, gdyby nie korki, duży ruch (4 pasy to było za mało) i wypadek po drodze. Jechaliśmy ponad 400 km z Mokpo. Być może, nawet gdybyśmy dotarli o czasie, okazałoby się, że faktycznie trzeba było mieć rezerwacje, szczególnie w niedzielę, kiedy Koreańczyków było tam mnóstwo. No trudno.

Przed godziną 16 dotarliśmy do miejscowości Imjingak. Po drodze mijaliśmy znaki Inter-korean Transit Office, tak jakby granica była otwarta lub miała zostać wkrótce otwarta. W Imjingak znajduje się platforma obserwacyjna z widokiem na Most Wolności (Freedom Bridge), którym w 1953 roku wróciło do Korei Połudnowej ponad 12 tysięcy więźniów. A obok niego widzimy filary po zniszczonym moście. W miejscu tym zbudowano drugą platformę obserwacyjną, do której dochodzi się poprzez „jadący pociąg”, mija się tory z napisaną odległością do Pyongyangu, żeby dotrzeć do wizualizacji pokazującej, jakoby tory prowadziły dalej, do Korei Północnej. Widać, że Korea Południowa by chciała. A jeszcze dalej w tle widać góry, już po stronie Korei Północnej. Chcąc odetchnąć po porannej ostrej zupie w przydrożnym MOP-ie, zjedliśmy w fastfoodzie Popeyes. Z widokiem na góry w Korei Północnej. I pomyśleć, że kiedy my nurzamy się w zachodnim konsumpcjonizmie, robimy co chcemy i gdzie chcemy, czujemy się dobrze gdziekolwiek jesteśmy, kilka kilometrów dalej, w najbardziej niedostępnym i najokrutniejszym dla swoich obywateli państwie na świecie, żyją ludzie, którzy mogą zostać poddani egzekucji za zadzwonienie do obcego kraju lub obejrzenie hollywoodzkiego filmu. Bez internetu (z krajową atrapą), z jednym kanałem w telewizji i propagandą mówiącą, że żyją w raju, a reszta świata jest doszczętnie zła.

Polecam poniższy film.

Od siebie dodam jeszcze kilka ciekawostek, o których przeczytałem w internecie. Albo nie. Pisałem o nich własnymi słowami, ale czasem brzmiało to zbyt nieprawdopodobnie. Zostawiam więc je Waszej ocenie (link) i zachęcam do poszukania informacji o tym zupełnie obcym nam świecie w różnych źródłach. Co do bardziej obiektywnych danych, PKB per capita Korei Północnej (wg parytetu siły nabywczej, więc z uwzględnieniem różnic w cenach na miejscu) wynosiło w 2015 roku tylko 1700 USD. W Polsce w 2018 roku 31 939 USD, a w Korei Południowej 41 351 USD. I co najlepsze, początkowo to Korea Północna była lepiej rozwinięta. Polska ma swoją Ambasadę w Pjongyangu, tak samo jak Korea Północna w Warszawie. Zwiedzanie Korei Północnej teoretycznie jest możliwe, choć wymaga wizy oraz opieki miejscowego przewodnika na miejscu.

W naszym świecie takie rzeczy się nie dzieją. Co nie oznacza, że nasz zachodni świat jest wolny od podobnych mechanizmów kontroli umysłu jak w Korei Północnej. A nawet silniejszych! Bo mimo wszystko, z Korei Północnej ludzie uciekają. I poznają świat na zewnątrz. Widzą, jaki jest naprawdę. Że te postrzępione spodnie to nie koniecznie oznaka ubóstwa jak wmówił im reżim. Uwalniają się, fizycznie i psychicznie – na pewno nie od razu. Z kolei osoba, która pozwoliła swojemu mózgowi zamieszkać lub zagonić się do umysłowej Korei Północnej jest odporna na wszelkie zewnętrzne argumenty i będąc w błędzie, ma silniejsze przekonanie o swojej racji, niż osoba faktycznie mająca rację. Mam na myśli sekty. Często mylnie kojarzone ze składaniem krwawych ofiar, subkulturami, ewidentnymi nadużyciami finansowymi czy seksualnymi. To tylko jeden z rodzajów sekt, tzw. destrukcyjne. Ale są także sekty choćby oparte na Biblii, na „rozwoju osobistym” czy nawet sekty finansowe (piramidy finansowe). To, że nie robią nic, co można byłoby podciągnąć pod przestępstwo, a ich członkowie wydają się (!) szczęśliwi, nie oznacza, że nie szkodzą ludziom. Tak samo jak wiele zbrodni przeciwko ludzkości było zgodne z obowiązującym wtedy prawem. Działalność sekt jest zbyt subtelna, by ująć to w ramy prawa.

Kogo konkretnie mam na myśli? Między innymi scjentologów. Co do nich nikt nie ma wątpliwości – sekta. Ale ich w Polsce nie ma, bo jest za biedna, a tam akurat chodzi o pieniądze (choć pieniądze wcale nie są głównym celem działania sekt). Więc wszyscy widzimy, że to sekta, bo nikt z nas nie jest w to uwikłany. Proste. Z kolei im bliżej latarni, tym ciemniej. Bo w Polsce mamy inny przykład. Widoczny na ulicach. Dosłownie. To dobrzy ludzie, lecz niestety ofiary ofiar. Są przekonani, że zbawiają świat i jako promil (dokładnie promil czyli 0,1%) ludzkości dotarli do prawdy. Tyle, że prawdę o działalności organizacji za tym stojącej odnajdziemy prędzej w książce Psychomanipulacja w sektach Stephena Hassana (bez żadnych bezpośrednich odniesień!) niż jej oficjalnych publikacjach. Niestety będąc już zwerbowanym jest za późno. Autocenzura własnych myśli i czynów zadziała w ten sposób, że nikt uwikłany w sektę takiej książki, nawet nie wspominającej o jego organizacji jednym słowem, nie przeczyta. Bo nie czuje takiej potrzeby. Bo czuje sercem, że to co robi, jest właściwe. Bez wahania odrzuca jakiekolwiek racjonalne argumenty czy przesłanki, odrzuca rzeczywistość. I ma ważniejsze zadania, narzucone przez sektę.

Ofiara staje się emocjonalnym dzieckiem, człowiekiem posłusznym, uległym, niemyślącym, jedynie powtarzającym i czującym dokładnie to, czego chce organizacja, wyzbywającym się swojego własnego słownictwa, mówiącym formułkami. Stosującym utarte schematy rozmowy jak na prezentacji handlowej kołder dla emerytek za 5 tysięcy złotych (z tym że prezenterzy wiedzą po co działają, a ofiara sekty nie). Ofiara jest przekonana, że te wszystkie decyzje podjęła sama. Nie. Do sekty się nie przystępuje. Do sekty jest się rekrutowanym. Mimo, że nikt nikogo nie zabija i nie krzywdzi fizycznie, odłączanie ludzi od myślenia dla mnie także jest zbrodnią. Nie pozwólmy zagonić swojego umysłu do Korei Północnej.

Podsumowując, podróż do Korei była niesamowita. Wspaniała przyroda, smaczna (choć czasem męcząca 😊) kuchnia, ciekawa kultura, ale też samo urządzenie codziennego życia – trochę inne, nowoczesne, przemyślane, przyjazne. I ludzie.

Koreańczycy wydają się introwertyczni. Nie zachowują się głośno, nawet w towarzystwie. Panują nad swoimi dziećmi, najwidoczniej myśląc inaczej niż „To tylko dzieci, przecież mogą wszystko”, co dla Europy jest wielkim WOW. Uciszają je, gdy zachowują się zbyt głośno, ale rzadko jest to konieczne. Stosują się do zasad. Wbrew pozorom nie spieszą się! Nie biegną na ruchomych schodach w metrze. Chyba każdy w Korei czułby się dobrze i swobodnie. Turystów z Europy czy Ameryki spotkaliśmy naprawdę niewielu. To my byliśmy prawie zawsze jednymi wyróżniającymi się ludźmi. Ale nie wzbudzaliśmy niczyjego zainteresowania. To Polacy bardziej interesują się innymi Polakami. Nie zawsze życzliwie. Nikt się nie przyglądał, nie zaczepiał, nie robił zdjęć – z ukrycia ani wprost (jak to było w Chinach) czy nie mówił o nas do innych patrząc na nas (nieświadomy swojej prostackiej mowy ciała). Czasem wręcz traktowali nas za bardzo jak swoich. Usiedliśmy w restauracji ze stojącym na stole menu w ramce. Wyłącznie po koreańsku. Za minutę podszedł do nas kelner i chciał przyjąć zamówienie. Po prostu, wiadomo że po koreańsku. Zero angielskiego. Był bardzo rozbawiony, jak się to nie udało, ale z pomocą translatora udało się ustalić, że tego, na co mieliśmy ochotę nie ma. Więc wyszliśmy i pożegnał nas z serdecznością. Koreańczycy są bardzo mili. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w Korei mógł być dla mnie niemiły. Co najwyżej neutralny, ale to rzadko i to już odbierałem jako coś odstającego od normy.

I już teraz, pisząc tę relację na pokładzie samolotu PLL LOT, zetknąłem się z „europejskimi” standardami pracy. Już na starcie komunikaty pokładowe były niedbale odczytywane tonem, jakby praca tu była karą i w ogóle jedną wielką żenadą, a twarze niektórych stewardes miały wyraz jakby swoją obecnością na pokładzie tego samolotu rzucały perły przede wieprze. Przy czym pasażerowie koreańscy są wzorowi i bezproblemowi, więc nie ma to żadnego uzasadnienia. Pijąc od minuty sok z barku w kuchni z tyłu samolotu usłyszałem powiedziane stanowczym, zniecierpliwionym tonem: „Poczęstowali się Państwo?”. Pomyślałem – czy może jest to propozycja zrobienia sobie zupki chińskiej, która była jako przekąska między 2 posiłkami? Ale nie. Pytanie było retoryczne i pół sekundy później padło: „To zapraszam na miejsca, żeby nie robić tłoku w kuchni”. Żeby oddać ton stewardessy, wyobraźcie sobie jakby mówiła: „Wypiliście? To wypier****ć”. Po czym przeszła do agresywnego otwierania zupek chińskich, przekłuwając z impetem folię długopisem, z donośnym odgłosem strzału, mimo że można było zrobić to cicho, po prostu naciskając palcem. Ale może wyobraziła sobie, że to laleczki Woodoo pasażerów. Pomyliła się chyba rolami z rozkapryszoną divą lecącą do Las Vegas w klasie biznes.

Koreańczycy bardzo często się uśmiechają, są dla siebie życzliwi, szanują się, wydają się naprawdę szczęśliwi. Kto by pomyślał, że w tak bezpiecznej (światowa czołówka pod tym względem), uśmiechniętej i zdyscyplinowanej Korei jest największe spożycie alkoholu zaraz po Rosji. Oraz jeden z najwyższych współczynników samobójstw. Najwidoczniej wewnętrzne frustracje tłumią w sobie. To samo odnośnie sekt. Dużo tak „szczęśliwych”, ugrzecznionych i samodzielnie cenzurujących się członków sekt leczy się (albo co gorsza nie leczy przez brak świadomości!) na depresję. Ale tego nie widać. Za to odprasowane koszule i garnitury, oj, robią wrażenie. To musi być słuszna sprawa, można pomyśleć. Nie wszystko widać gołym okiem i tym bardziej z perspektywy turysty. Pamiętajmy o tym zanim wyciągniemy pochopne wnioski o kraju, który zwiedzamy, jak i o wszelkich ideach, którym chcemy się dać ponieść. 😊 Nie zamykajmy naszego umysłu w Korei Północnej.

W nadziei na zjednoczenie Korei i lepsze życie ludzi z Północy, przynajmniej z poszanowaniem praw człowieka, kończę tę opowieść.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *