fbpx

Rumunia

Pomysł na wycieczkę do Rumunii wziął się z poszukiwań tanich lotów, gdzieś do Europy, jesienią. W wielu miejscach już byłem, więc automatycznie odpadały, mimo swojej atrakcyjności. A Rumunia trochę dopełniłaby Bałkany, które zacząłem zwiedzać dopiero kilka miesięcy wcześniej (Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra). Kupiłem bilety i przewodnik. Kiedy zacząłem czytać przewodnik… odniosłem wrażenie, że tam nic nie ma. Najwyżej spędzimy czas nad morzem, gdzie powinno być w mirę ciepło. Całe szczęście ostatnim rozdziałem była Transylwania (mniej więcej centralna część kraju), która dostarczyła wielu pomysłów na weekendowe zwiedzanie.

Piątek, 7 października 2016 r.

Wcześnie rano wylecieliśmy z Berlina do Bukaresztu. Odebraliśmy samochód, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na północ, w stronę Zamku Drakuli (bardziej symbolicznie i marketingowo niż rzeczywiście), czyli zamku w Branie. Dwupasmowa droga, która gdy weszła w góry zmieniła się w jednopasmową, cały czas była przyzwoita. Sam zamek okazał się stosunkowo niewielki, być może wbrew oczekiwaniom niektórych i wyobrażeniom z opowiadań i filmów.

 

Później pojechaliśmy do zamku chłopskiego w Rasnovie. Trzeba było się trochę wspiąć, zostały z niego głównie mury, ale nie był oblegany, a z góry roztaczały się ładne widoki.

Ostatnim punktem tego dnia był Braszów. Miasto z całkiem obszernym jak na swoją wielkość zabytkowym centrum, nad którym górowało wzniesienie z pisanym hollywoodską czcionką „Brasov”. Tyle, że podświetlanym w przeciwieństwie do Hollywood. Ciekawy zwyczaj. Kolację zjedliśmy w polecanym w TripAdvisorze „Le Ceaun”, gdzie musieliśmy czekać z pół godziny. Niestety było zimno i padało. Rumunia jest na południu, ale jeśli jest to obszar górski, to nie można oczekiwać plażowej pogody.

Sobota, 8 października 2016 r.

Po śniadaniu wyruszyliśmy do Sybina (Sibiu). Po drodze zjechaliśmy kilka kilometrów, żeby zobaczyć chociaż z daleka końcówkę szosy Transfogarskiej, słynnej drogi 7C o długości 90 km, dużymi nakładami pieniędzy i ludzkiego życia wybudowanej za czasów dyktatora Ceaușescu.

Sybin okazał się kolejnym, bardzo ładnym miastem, z ciekawym centrum.

Kolejnym punktem tego dnia były ruiny zamku w drodze do Medias, a potem krótki spacer po mieście.

Ostatnim punktem, gdzie spędziliśmy noc, była Sighisoara, nazywana rumuńskim Carcassonne. Miasto wyróżnia się tym, że jego zabytkowe centrum położone jest na skale. Brukowane uliczki, kolorowe kamienice. Bardzo klimatycznie.

Niedziela, 9 października 2016 r.

Po śniadaniu pospacerowaliśmy jeszcze trochę po Sighisoarze.

Później wyruszyliśmy w stronę kopalni w Praid. Do kopalni wjeżdża się tunelem i to… autobusem, takim jak miejski. Później schodzi się schodami w dół. Zarządzający kopalnią postawili bardzo na jej rekreacyjny i uzdrawiający charakter. Chodzi się po ogromnej, wysokiej na kilkanaście metrów hali, w której można pograć w różne gry, posiedzieć przy stolikach biwakowych, dzieci mogą pójść na plac zabaw, jest małe kino… Oświetlenie nieciekawe, zimne halogeny albo ledy. Odnośnie historii na ścianach było kilkanaście niezbyt ciekawych gablotek. Nie ma żadnej trasy ani zorganizowanego zwiedzania. Spędziliśmy tam około godziny. W Wieliczce czy Bochni jest zdecydowanie ciekawiej.

Kolejną część dnia wracaliśmy do Bukaresztu, gdzie przylecieliśmy, ale zostawiliśmy sobie go na sam koniec. Krajobrazy tak jak do tej pory były bardzo ładne. Przejechaliśmy przez wiele wiosek i choć podczas całej wycieczki spotkaliśmy wiele wozów zaprzęgowych, mogę obalić stereotypy o rumuńskiej biedzie czy nieporządku. Jest trochę biedniej niż w Polsce, ale bez przesady. Wsie dolnego śląska też nie błyszczą.
Po drodze tylko zahaczyliśmy o zamki Peles i Pelisior, oddalone od siebie o kilkaset metrów. Bardzo ładne, ale niestety już zamknięte.

Poniedziałek, 10 października 2016 r.

Dzień na zwiedzanie Bukaresztu. Miasto jest duże. I specyficzne. Samo zabytkowe centrum jest ładne, niektóre budynki są piękne, masywne, robią wrażenie, czasem można poczuć się jak w Paryżu (za którym mimo wszystko nie przepadam). A tuż poza centrum, szczególnie nad rzeką (zresztą sztuczną, która nie płynie, to pomysł Ceaușescu), zderzamy się z betonowym socrealizmem, opuszczonymi budynkami, ruderami.
Sam Pałac Parlamentu wcale nie jest taki okropny. To drugi największy budynek na świecie po amerykańskim Kapitolu. Ma ponad tysiąc pokojów. Jak na tamte lata, to był nawet ładny. Uważam, że lepszy niż nasz Pałac Kultury.
Ostatnie chwile przed wyjechaniem na lotnisko spędziliśmy w ciekawym shisha lounge.

Podsumowując, Rumunia nie jest krajem, który poleciłbym komuś spoza Europy, planującemu po niej wycieczkę objazdową. Jest dużo ciekawszych miejsc. Ale bardziej doświadczonym turystom już tak. Mogąc polecieć tam za 100 zł w obie strony, dlaczego nie? Ceny są przyzwoite, a atrakcji na weekend wystarczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *