fbpx

Meksyk

👉 białe, palmowe karaibskie plaże
👉 zalane jaskinie (cenoty), do których wdzierają się promienie słońca i w których można pływać
👉 kilka kompleksów ruin Majów
👉 rezerwat na rzece Celestun z flamingami i krokodylami
👉 dobra kuchnia i owoce morza
👉 przesympatyczni mieszkańcy

Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

 

Podróż do Meksyku została zainspirowana jak to zazwyczaj bywa w moim przypadku, tanim biletem lotniczym. Ale tym razem to nie on wpadł na mnie, tylko sam go szukałem. Nie do konkretnego miejsca, ale gdzieś, gdzie jest ciepło, ciekawie i jeszcze nie byłem. Mogłem wylecieć od 31 stycznia. Szukałem już miesiąc wcześniej, zastanawiałem się, co się może trafić. A może jakaś wycieczka z biura w świetnej cenie last-minute? Nawet z Amsterdamu, jak kiedyś poleciałem na Dominikanę. I kiedy nadszedł odpowiedni czas, by coś ciekawego mogło się pojawić, czyli kilkudniowe wyprzedzenie, udało mi się kupić lot na 1 lutego, z niemieckiej Kolonii na meksykański Jukatan (do Cancun). Bezpośredni czarter. Podejrzewałem, że może to być Meksyk po obserwacji cen i okazji na nieco wcześniejsze terminy, dlatego zamówiłem na wszelki wypadek przewodnik, który odebrałem krótko po kupnie biletu. Zaplanowałem wszystko w 2 dni.

Środa, 1 lutego 2017 r.

Dojechaliśmy szczęśliwie do Kolonii mimo złych warunków i zaśnieżonej autostrady na części trasy. Zaparkowaliśmy samochód blisko bezpłatnego parkingu P+R Porz-Wahn, jedną stację S-Bahnem od lotniska. S-Bahn na lotnisko, odprawa, czekanie i 12-godzinny lot.

 

W trakcie przypomniałem sobie, że mam ze sobą kartę kredytową ważną do stycznia 2017 r. Nową gdzieś odłożyłem w domu, bo przyszła z takim dużym wyprzedzeniem. A dziś już 1 lutego… Dramat. Co teraz z wypożyczeniem samochodu, do którego jej będę potrzebował? Na voucherze wyraźnie napisane jest, że musi to być karta kredytowa. A na mojej karcie debetowej, mimo wypukłych numerów, wyraźnie z przodu napisane jest „debit”. Gdyby nie to (kiedyś było tylko z tyłu na hologramie) mogliby się nie zorientować… Kilka możliwości:

  • wypożyczalnia stosuje stare metody (już dawno się z nimi nie spotkałem, ale może…) i spisze tylko numer karty albo użyje urządzenia z kalką do odciśnięcia jej numerów i nie zorientuje się, że jest nieważna,
  • jednak zgodzi się na zablokowanie depozytu na karcie debetowej, nie ma do tego przecież żadnych przeciwwskazań technicznych
  • zmienimy rezerwację na kierowcę, który ma przy sobie ważną kartę kredytową, choć na miejscu może być to niemożliwe (rezerwowałem przez pośrednika), a nawet przez pośrednika z takim krótkim wyprzedzeniem (godzina) także. A wtedy rezerwacja przepadnie mimo, że jest opłacona. I trzeba będzie zrobić nową i jeszcze raz zapłacić.

Jeszcze w powietrzu przed wylądowaniem, wbrew regulacjom lotniczym, wysłałem SMS-a do kolegi z prośbą o zmianę nazwiska w rezerwacji. Nie dało się, można to zrobić najpóźniej 48 godzin przed. Więc spróbujemy tak, jak jest, dopóki nie zauważą, że karta jest nieważna, nic nie będę mówił. Znajdujemy busik do wypożyczalni, jedziemy kilka minut, jesteśmy. Wypożyczalnia typowo amerykańska – jedna kolejka do kilku stanowisk. Podchodzę. Daję wszystkie dokumenty. Pracownik się nimi zajmuje. Odmawiam wszystkich dodatkowych ubezpieczeń, ale nie naciska i nie straszy, jak to bywa w Europie. Spisuje dane karty do komputera, więc pewnie w tym jej ważność, ale nic nie mówi. W końcu wyciąga urządzenie do „kalkowania” karty. Uf, czy to będzie wszystko? Niestety, później wyciąga terminal w celu preautoryzacji depozytu 600 USD. Wbijam pin. Oczywiście transakcja odrzucona. Z kamienną miną podaję drugą kartę, debetową, nic nie tłumacząc. Transakcja zaakceptowana, to wszystko, uf! Kalkuje jeszcze raz, teraz kartę debetową, wychodzimy i czekamy na samochód. Po kilku minutach podjeżdża Chevrolet Matiz z 2014 r. Na biedne rynki wciąż produkuje się takie modele. 🙂 Z bardzo sympatycznym pracownikiem w wieku około 18 lat, który zwraca się do mnie Amigo, dokładnie spisujemy najdrobniejsze uszkodzenia na karoserii, żeby nie było niespodzianek podczas zwrotu, szczególnie, że jesteśmy nieco przestraszeni złymi opiniami o wypożyczalni (5,1/10). Przy jej wyborze byłem neutralny wobec ryzyka, czyli na chłodno oceniłem co złego może mnie spotkać (jeśli nic się nie stanie na drodze, a prowadzę dobrze i wszystkie uszkodzenia spiszemy, to nie ma możliwości, żeby wypożyczalnia próbowała na coś naciągnąć), z jakim prawdopodobieństwem i czy warto dopłacać do droższych wypożyczalni. Uznałem, że nie warto. I miałem rację. Tak samo jak odmawiając wszystkich dodatkowych ubezpieczeń. Szczególnie, że wypożyczam samochody często, te wybory się powtarzają, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze dają mi „możliwość” uszkodzenia samochodu, utraty całości depozytu i wciąż będzie mi się to opłacać w dłuższej perspektywie.

Pojechaliśmy do hotelu w Cancun. Miasto dzieli się na typowe miasto i strefę hotelową (Zona Hotelera), położoną na 20-kilometrowej mierzej, kilka kilometrów do stałego lądu. Podobnie jak kubańskie Varadero. Z jednej strony wzburzone morze (wysoki brzeg, więc do pływania średnio, do snorkellingu w ogóle), a z drugiej zatoka, w której spotkać można krokodyla, przed czym ostrzegają znaki. Z tym, że kubańskie Varadero jest nieco przestarzałe, a strefa hotelowa w Cancun wygląda… prawdopodobnie jak na Florydzie. Akurat na Florydzie nie byłem, ale tu jest bardzo amerykańsko. Ulice, światła, palmy, znane sieci hotelowe, całodobowe sklepy typu 7 Eleven, fast-foody, bary w amerykańskim stylu.

Zajrzeliśmy na jedną z plaż. Ładna, nawet w ciemnościach można było dostrzec intensywnie błękitny kolor morza, ale wszędzie dużo zabudowań. Później kolacja. Ceny też raczej amerykańskie, najwyższe na całym Jukatanie, a na Jukatanie z kolei są najwyższe w całym Meksyku.  Zjedliśmy meksykańskie tacos i gringas.

 

 

 

Czwartek, 2 lutego 2017 r.

Dzień odpoczynku na Playa Delfines. Ładna plaża, ale piasek nie jest typowo karaibski, nie przypomina mąki. Na wieczór znalazłem restaurację z owocami morza z kategorii cenowej „$” (tanie) na TripAdvisorze w pobliżu, nie chcąc płacić 60 zł za krewetki. Więc znalazłem nie w strefie hotelowej, tylko w centrum Cancun. Ceny przyzwoite, jedzenie ogólnie dobre, ale krewetki – we wrocławskim Shrimphouse zdecydowanie lepsze. Podobnie jak wszystkie późniejsze krewetki w innych miejscach.

 

 

 

Piątek, 3 lutego 2017 r.

Po śniadaniu płyniemy na Isla Mujeres. Już zbliżając się do portu z ulicy krzyczą sprzedawcy zorganizowanych wycieczek – tak, jak sami dojechaliśmy do portu, to koniecznie potrzebujemy, żeby ktoś nas zabrał na drugi brzeg w ramach wycieczki – czy naganiacze na parkingi. Parkujemy bezpłatnie, kupujemy bilety i za 10 minut odpływamy szybkim promem. Po drodze przecinamy wody w bardzo różnych, pięknych odcieniach niebieskiego i zielonego. Rozrywka pokładowa na żywo – muzyk z gitarą. Przypływamy. Bardzo turystycznie. Po ruchliwej ulicy przy porcie jeżdżą głównie meleksy, które tutaj zamiast samochodów wynajmują turyści. Kolorowymi uliczkami dotarliśmy do hotelu. Skromny, ale tani. Praktycznie jedyny niedrogi wybór rezerwując z takim małym wyprzedzeniem. Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na plażę. Dopiero tutaj czuć prawdziwie karaibski klimat, w Cancun tego nie ma. Biały piasek o strukturze mąki, palmy, klimatyczne bary starannie urządzone w odpowiednim klimacie. W wodzie przy skałach poobserwowaliśmy trochę ryb, typowej rafy nie było. W międzyczasie poszliśmy też napić się wody z kokosa i kupić piwo. Marek jest kilka: XX, Tecate, Superior, Sol. Tak jak prawie wszędzie na świecie, wszystkie marki bardzo średnie, o smaku polskiego taniego koncernowego piwa. Tym razem spróbowaliśmy Sol. Dopiero później okazało się, że wybraliśmy smakową odmianę. I to jaką…. Pomidory z chilli. Okropne, spodziewałem się łyka orzeźwiającego piwa, a poczułem ostrą Krwawą Merry.

Wieczorem wśród restauracji szukaliśmy czegoś ciekawego i przyzwoitego cenowo. Najlepiej z owocami morza. Miałem kilka typów z TripAdvisora, ale ostatecznie wybraliśmy miejsce, w którym tylko z ciekawości sprawdziłem menu – jak bardzo drogo. I było taniej, niż w lokalach typu buda z plastikowymi krzesełkami. Talerz owoców morza – homar, krewetki, kalmary, ośmiornica, 2 rodzaje ryb. Po raz pierwszy raz jadłem homara. Tak jak podejrzewałem, stosunkowo najbliżej mu do krewetki. Dobry, ale czy aż tyle razy lepszy, ile droższy od krewetek? Chyba nie.

 

 

Sobota, 4 lutego 2017 r. 

Po bardzo skromnym śniadaniu w hostelu (no cóż, czego się spodziewać), odpłynęliśmy z wyspy. Samochód grzecznie czekał przed portem. Pierwszym punktem trasy była cenota Chaak Tun. Cenoty, po polsku leje krasowe, to w uproszczeniu małe jeziora. Czasem występują na otwartym powietrzu, czasem są jedynie „obudowane skałami”, a czasem ukryte w jaskiniach z małym dostępem światła lub w ogóle bez dostępu światłą dziennego. Ich występowanie na Jukatanie wiąże się z jego budową geologiczną. Zbudowany jest ze skał wapiennych, które łatwo wypłukuje woda i tworzy m.in. takie formy krasowe. Na Jukatanie jest ich mnóstwo. Ale nie są darmowe ani szczególnie tanie, więc trzeba dokonać jakiegoś wyboru. Chaak Tun blisko Playa del Carmen wybrałem z tego względu, że jest wyjątkowa. To zalana wodą jaskinia, w większości bez dostępu światła, w której podziwia się szatę naciekową nad i pod wodą, głęboką nawet na kilkanaście metrów. A oprócz tego spotyka mieszkające tam nietoperze. Wyjątkowo obszerna, w porównaniu do innych cenot, które można zobaczyć w 2 minuty i już. Kamizelka do pływania (obowiązkowa), latarka i idziemy pływać. Niestety obowiązkowo z przewodnikiem, ale grupa była kilkuosobowa. Wspaniałe wrażenia. Niestety nie mam zdjęć, bo wszystkie sprzęty zostawiliśmy w szafce w szatni, nie wiedząc, że bez ryzyka zamoczenia aparatu można będzie zrobić coś chociaż przed wejściem do wody. Do zdjęć innych odsyłam więc tutaj.

Jadąc dalej do Tulum, gdzie zaplanowałem kolejne 3 noclegi, zatrzymaliśmy się na plaży Akumal, znanej z rezerwatu żółwi morskich, które można spotkać nurkując blisko plaży. W tym celu wrócimy tu później.

Dojechaliśmy do Tulum. Zostawiliśmy bagaże w pokoju i poszliśmy zjeść do poleconej, niedrogiej restauracji z owocami morza El Camello.

 

 

Niedziela, 5 lutego 2017 r.

Po śniadaniu podjechaliśmy do ruin w Tulum. Oczywiście wszędzie parkingi i zakazy parkowania, tylko po to, żeby te parkingi miały sens. Ale znalazłem miejsce, w którym nie było znaku zakazu ani żółtego krawężnika, oznaczającego ograniczenia parkowania. Spodziewałem się, że usłyszę od parkingowych naganiaczy, że dostanę tu mandat, więc zupełnie się tym nie przejąłem. Poza tym, w Polsce raczej nikt mnie nie będzie ścigał z jego powodu.

Do kasy biletowej przy ruinach kolejka na 30 metrów. Obok 2 kasy automatyczne, prawie bez kolejki… Nie rozumiem takich sytuacji, ale siła owczego pędu jest ogromna. Tym lepiej dla sprytnych turystów. 🙂 Ruiny były ładnie położone, tuż przy morzu, ale w porównaniu do później zwiedzanych, dość skromne. Spotkaliśmy mnóstwo legwanów albo im podobnych „jaszczurek”.

 

Wróciliśmy do samochodu. Już z daleka widzę, że za wycieraczką jest jakaś biała kartka. A przedniej tablicy rejestracyjnej… nie ma. Świetny sposób na wyegzekwowanie mandatu. Po drodze do rezerwatu Sian Ka’an, gdzie chcieliśmy plażować, wstąpiliśmy na policję, której posterunek był po drodze. Tablica będzie do odbioru dopiero jutro. Jeśli zapłaci się w ciągu 5 dni to płaci się tylko połowę kwoty, czyli ok. 60 zł. W takim razie przyjedziemy jutro.

Resztę dnia spędziliśmy na prawie bezludnej plaży w rezerwacie Sian Ka’an. Plaża na bezludnej wyspie w wyobraźni niektórych może wydaje się piękna. W jej bezludności jest piękno, faktycznie i to jest dla mnie najważniejsze, ale prawda jest taka, że na jej brzegu zalegają wyrzucone przez morze glony, które dopóki nie wyschną, dają o sobie znać zapachem, przyciągają muchy, a między nimi walają się plastikowe i metalowe śmieci, także wyrzucone przez morze.

Kolacja ponownie w El Camello – mariscada, czyli talerz owoców morza.

 

 

Poniedziałek, 6 lutego 2017 r.

Tego dnia wybraliśmy się na snorkelling na plażę Akumal. Okazało się, że za żółtą boją, gdzie można spotkać żółwie i jest głębiej, trzeba mieć kamizelki do pływania. A raczej mało kto ma coś takiego. Więc 20 zł za wynajęcie. Świetny sposób na zarobek. Być może typowych biletów wstępu do… morza nie mogłoby być, to znalazł się inny sposób. Kamizelka tylko mnie otarła. Ale i tak nie daliśmy się tak, jak prawdopodobnie inni, którzy żeby popływać po obszarze 50×50 m, wzięli przewodnika. Zaczepił nas młody chłopak i powiedział, że trzeba, ale oczywiście go zignorowaliśmy. Ale faktycznie, jest tak napisane na tablicy informacyjnej. Ale nikt tego przecież nie kontroluje, pewnie tak samo jak kamizelki. Albo pozwolenia na robienie zdjęć za 9 zł przy każdych ruinach… Nie lubię się czuć jak dziecko i jednocześnie bankomat.

Ogólna rada – nie słuchać „dobrych rad”, szczególnie od kogoś, kto bezpośrednio lub pośrednio ma w nich jakikolwiek interes. Zawsze trzeba dojść do kasy i tam dowiadywać się wszystkiego. „Lokalni przewodnicy”, często z jakąś plakietką ze zdjęciem (czasem prawda, czasem typowa manipulacja) oczywiście zadbają, żebyśmy tam nie doszli, zaczepią nas jak najwcześniej się da, wymyślą, że coś jest zamknięte, nie da się, trzeba inaczej, dzisiaj tylko w ten sposób, coś się zmieniło, to niebezpieczne itd. Podobnie naganiacze parkingowi „zatrzymują” z większym zdecydowaniem niż policjanci do kontroli i mówią, że dalej nie można jechać, drą się… czasami zachowują się jak zwierzęta. Ale to uwaga nie tylko odnośnie Meksyku.

Wracając do nurkowania. Widziałem wiele żółwi (ogromne), płaszczek, trochę ryb. Ale w miejscu, gdzie można spotkać żółwie nie ma żadnej rafy. Tylko trawa. I prawdopodobnie dlatego tam są, bo cały czas szukają w niej czegoś do jedzenia. Kawałek dalej, na południe jest już normalna rafa, choć nieszczególnie kolorowa. Najlepszym miejscem do nurkowania jest wyspa Cozumel, ale tam jednak nie popłynęliśmy.

Kolację zjedliśmy w typowo lokalnym barze, nieco odstraszającym z wyglądu, ale będącym numerem 1 na TripAdvisorze w całym Tulum, bez względu na kategorię cenową i rodzaj kuchni. Zjedliśmy tacosy i burrito, do tego liquado, czyli mleczny szejk z owocami. Innym popularnym napojem są aguas frescas, czyli wody smakowe, z niewielką ilością owoców lub ewentualnie ryżu i cynamonu (horchata).

 

 

Wtorek, 7 lutego 2017 r.

O 9 rano wyruszyliśmy w dalszą trasę, na zachodnie wybrzeże Jukatanu. Pierwszym punktem trasy były Cenoty Samula i Xkeken. Mało popularne, a stosunkowo tanie (ok. 32 zł za obie) i bardzo ciekawe. Popływałem w obu. Po tym doświadczeniu byłem już w pełni nasycony, jeśli chodzi o cenoty.

 

 

Po 40 minutach dotarliśmy do najpopularniejszych ruin Majów na całym Jukatanie – Chichen Itza. Duża kolejka, bilet 50 zł. No trudno. Ale warto było. Największa piramida, znana ze zdjęć z internetu i pocztówek robi wrażenie. Inne ruiny mniej.

 

Później pojechaliśmy do miasta Merida. Było akurat po drodze, miało zabytkowe centrum, a przy okazji można było tam coś zjeść. Centrum okazało się bardzo przyjemne. W Katedrze było nawet zdjęcie papieża Jana Pawła II, który ją odwiedził.

Kolację zjedliśmy w miejscu znalezionym na TripAdvisorze. Wybraliśmy talerz mięs i warzyw do samodzielnego przygotowywania tacos.

 

Z miasta wyjechaliśmy już po zmroku. Ostateczny cel: Celestum, miasto nad morzem, na zachodnim wybrzeżu Jukatanu. Wokół jedynie rezerwat przyrody, najbliższe miasto około 40 kilometrów dalej prostą drogą. To mi się podoba. Kiedy wysiedliśmy z samochodu, mimo, że była już 22, uderzyła nas wysoka temperatura i bardzo wysoka wilgotność. Nasz pensjonat był nad samym morzem, na plaży. A nasz pokój z pełnym widokiem na morze. Szyby na zewnątrz były mokre od wilgoci.

 

Środa, 8 lutego 2017 r.

Po śniadaniu, a właściwie od razu obiedzie w restauracji na plaży, podjechaliśmy w stronę rzeki Rio Celestun, gdzie zaczynają się wycieczki łodzią. Prywatna łódź 240 zł, dzielona (colectivo) 300 zł do podziału nawet na 6 osób. Poczekaliśmy więc chwilę na innych turystów. Zagadałem do rodziny z dziećmi, która już chciała brać prywatną łódkę i wynegocjowałem dobrą stawkę. Rejs trwał 1,5 godziny. Bardzo ciekawy. Widzieliśmy setki flamingów, pelikanów, innych ptaków, a nawet krokodyla.

Resztę dnia spędziliśmy na plaży tuż przed pokojem. Plaża słaba, zaniedbana, a morze mętne, więc to wybrzeże zdecydowanie nie jest popularne. Samo miasto Celestun jest niespecjalne, ale autentyczne, mimo, że są tu turyści (zazwyczaj na 1 noc).

 

 

Czwartek, 9 lutego 2017 r.

Czas wracać do Tulum, na wschodnie wybrzeże. Ale oczywiście nie od razu. Pierwszym punktem trasy były ruiny Uxmal, drugie najpopularniejsze po Chichen Itza. Również ciekawe, znacznie mniej oblegane, niestety w cenie podobnej (ok. 50 zł).

Kolejne ruiny znajdowały się wzdłuż drogi Puuc (Ruta Puuc), konkretnie Kabah, Sayil, Xlapak i Labna. Jeszcze mniej oblegane, za 10 zł, ale bardzo ciekawe. Niestety nie można było w nich płacić kartą, tak jak w popularniejszych (gdzie zresztą są bramki, kody kreskowe itp.), a mi po pierwszych ruinach (Kabah) skończyła się gotówka. Najwyżej nie wejdziemy, ale spróbujemy.  W Sayil dałem wszystkie resztki, które miałem – peso, dolary i euro, powiedziałem, że nie potrzebuję biletu. Ok. W Xlapak nie miałem już nic, ale bez problemu weszliśmy. W Labna podobnie, ale wychodząc bileter dopytał czy mam jakiekolwiek pieniądze. Dałem mu bardziej w roli pamiątek monety z poprzednich podróży, które mimo przesiewania niepotrzebnych walut, jakoś ukryły się w portfelu – oprócz polskich groszy, rumuńskie banie (grosze), chorwackie kuny, azerbejdżańskie manaty i ukraińskie kopiejki (grosze). Był bardzo zadowolony.

 

Po zakończeniu zwiedzania zatrzymaliśmy się zjeść coś w Oxkutzcab, większym mieście na trasie. Z całkiem ciekawym „rynkiem”, na którego środku znajdowała się duża hala targowa. Miasto zupełnie nieturystyczne, chyba nawet po drodze, tak jak my, nikt tu nie zagląda. I może dzięki temu, zjedliśmy tu najlepsze tacos i burrito, a do tego oczywiście najtańsze podczas całej podróży.

Przed północą przyjechaliśmy do Tulum.

Piątek, 10 lutego 2017 r.

Dzień zaczęliśmy od śniadania w Sabor de Mar, poleconego przez TripAdvisora. Burrito z krewetkami i marlinem oraz tatar z łososia z sosem limonkowo-sojowym. Bardzo dobre.

Resztę dnia spędziliśmy na Playa Paraiso, na południe od ruin w Tulum. Miejscami nieco zbyt komercyjna, ale ogólnie przyjemna i blisko.

 

 

Sobota, 11 lutego 2017 r.

Cały dzień spędziliśmy na prawie bezludnej plaży w rezerwacie Sian Ka’an. Dojazd trochę trwał, ze 40 minut, ale warto. Wypiliśmy kilka własnoręcznie zerwanych kokosów, które udało nam się otworzyć bez maczety, używając jedynie ostrego kantu wbitej w piasek belki.

 

Tego dnia nie działo się nic szczególnego, więc napiszę w tym miejscu coś odnośnie kuchni meksykańskiej. Niestety mnie nie zachwyciła, bardzo szybko się przejada. Tacos, tacos, tacos, a nawet jak nie tacos, to ten sam skład, tylko owinięty w coś innego. Burrito z tego wszystkiego najlepsze, ale ile można. Owoce morza, jak na taki nadmorski region, powinny zachwycać. A jak wspominałem, krewetek lepszych (ani też tańszych!) niż z wrocławskiego Shrimphouse nie zjadłem, nawet w miejscach z bardzo dobrymi opiniami. Prawie podczas każdej podróży doceniam Polskę, Wrocław i to, co tutaj mamy. No, może oprócz klimatu. 🙂 Z kolei plusem są z pewnością przystawki (może to zbyt dużo powiedziane), czyli nachosy z sosami oraz posiekanymi pomidorami z cebulą i kolendrą, podawane przed każdym posiłkiem. Bardzo dobre. Ma to większy sens niż podawany czasem chleb z masłem – raczej nie po to przychodzi się do restauracji, żeby napychać się przed posiłkiem czymś takim.

Niedziela, 12 lutego 2017 r.

Trzeba wracać do Cancun. Wylot o 19:10. Nie wstawaliśmy z budzikiem, wiedząc, że podróż potrwa 24 godziny i trzeba się dobrze wyspać. Po oddaniu kluczy do pokoju pojechaliśmy od razu do Cancun, z przerwą na śniadanie po drodze. Tam znalazłem plażę blisko wypożyczalni, gdzie mogliśmy spędzić jeszcze 1,5 godziny przed odlotem. Już na plaży zorientowałem się, że nie mam kluczyków do auta. Zatrzasnąłem je w środku… Nasz Chevrolet Matiz mimo roku produkcji 2014 nie miał nawet centralnego zamka, a tym bardziej pilota, więc zdarzyło się, że kluczyk został w stacyjce, a wszystkie drzwi ręcznie zamknęliśmy jak zawsze. Dramat. Co tu robić? Jak zadzwonię do wypożyczalni, to nie dość, że pewnie dużo zapłacę, to jeszcze będzie trzeba czekać, a wcale tak dużo czasu nie mamy. Wiem, jak różnego rodzaju assistance otwierają samochody. O ile do rozchylenia drzwi można użyć palców, a potem zablokować je butem, to nie mamy niczego, czym można byłoby np. pociągnąć za dźwignię otwierającą bagażnik. A pociągnięcie za klamkę w Matizie akurat nie otworzy zamkniętych drzwi. Nie pomyślałem nawet o pociągnięciu za dzyndzel zamknięcia drzwi. Ale pomyślał Meksykanin, który widząc nasze rozważania, wyciągnął ze swojego auta kabel składający się z kilku małych kolorowych kabelków, uciął, rozłożył na kabelki składowe i na jednym z nich zawiązał pętlę. Wepchnęliśmy go z dwóch stron przez rozchylone drzwi i manewrując lewym i prawym końcem, udało się nałożyć pętlę na bolec zamknięcia. Ścisnęliśmy i pociągnęliśmy do góry. Otwarte. Uf! Widział to na YouTubie. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na plaży i pojechaliśmy do wypożyczalni. Zwrot samochodu bez problemu, depozyt na karcie odblokowany. Transfer na lotnisko, odprawa, czekanie i prawie 10-godzinny lot. A później 10-godzinna podróż z Kolonii do Wrocławia. Łącznie 24 godzin w podróży. Całkiem nieźle, bywało gorzej.

Podsumowując w dwóch zdaniach – Jukatan mogę polecić. Piękne, karaibskie plaże, przyzwoite ceny, ruiny Majów, wspaniałe cenoty, mili ludzie. Przyroda i kultura jednocześnie, a to nie zawsze idzie w parze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *