fbpx

Gambia

Tej podróży nie planowałem. Tak jak zazwyczaj. Po prostu trafiło się okazyjne lastminute zorganizowanej wycieczki. O Gambii, oprócz jej przybliżonego położenia, nie wiedziałem w zasadzie nic. Oprócz tego, że tego typu okazje się tam rzadko bo rzadko, ale zdarzają. 6 nocy, 5 gwiazdek i all-inclusive, dlaczego nie?

Dzień 1, 9 lipca 2019 r.

Po godzinie 15 wylecieliśmy z Lipska. Boeingiem 737-800 (znanym z Ryanaira) w trasę trwającą ponad 7 godzin. Nie sądziłem, że ma taki zasięg. Niestety samolot był pełny, a miejsca naprawdę mało. Ale zdarzało mi się lecieć dokądś lub wracać skądś nawet w 50 godzin, więc nie narzekam. Po godzinie 20 wylądowaliśmy na lotnisku położonym kilkanaście kilometrów za stolicą – Bandżulem. Jest stare, bardzo małe i w remoncie. Choć wygląda on, jakby został zaczęty jakieś 20 lat temu i niedługo później przerwany. Kolejka do kontroli paszportowej. Gorąco. Nie wiadomo gdzie się ustawić, bo w ciasnej „hali” nie ma miejsca, żeby się ruszyć, nie wszyscy zresztą zdołali do niej wejść i czekają na zewnątrz, przy płycie lotniska. A trzeba jeszcze wypełnić w powietrzu kartę migracyjną, którą otrzymaliśmy dopiero stojąc w kolejce. Pierwsza myśl – tu nie chodzi o pieniądze, ale o pomyślenie i organizację. Wystarczyłoby kilka kolejkowych taśm więcej. Przy stanowisku kontroli paszportowej skaner odcisków palców i kamerka. Ale nie skanują, nie fotografują. Za to zrobili to przy wylocie… Formalności pokonane. Odbiór bagażu, skanowanie go i jesteśmy w hali przylotów. 2 bankomaty – z jednego skorzystałem. Opłata za wypłatę narzucana przez bankomat 150 GMD (dalasi, ok. 12 zł), maksymalna kwota wypłaty 6000 GMD (ok. 480 zł). Na 2 osoby przy all-inclusive powinno wystarczyć. Nie wziąłem ze sobą żadnej waluty, jedynie kartę. I to do dzikiej Afryki. Więcej o tym w jaki sposób zabrać pieniądze za granicę, piszę w moim poradniku. Przy wypłacie pieniędzy od razu zaczepia mnie życzliwy człowiek, mówiąc, że Gambia jest bezpieczna, przyjazna, piękna. Chwilę później prosi o pieniądze. Idziemy do autobusu zorganizowanego przez naszego touroperatora. Kierowca odbierając od nas nasz lekki bagaż tuż przy samym luku bagażowym oznajmia, że „TIPS” (napiwek) i ściska w ręku 10 euro. Mówi się, że edukacja jest problemem w Afryce, a tu technika prosto z książki Roberta Cialdiniego Sztuka wywierania wpływu na ludzi – dowód społecznej słuszności (wręczania napiwku).

Po niecałej godzinie dojeżdżamy do naszego 5* hotelu Kairaba Beach, uznawanego za jeden z najlepszych w Gambii (oprócz Sheratona), a nawet będący w TOP10 hoteli Afryki Zachodniej. Na miejscu, przypomniały mi się trochę stare kubańskie hotele na Varadero. Wyglądał raczej na 3 gwiazdki. Zameldowanie licznej grupy trochę trwało. Otrzymaliśmy opaski all-inclusive, karty do pokoju i zostaliśmy do niego zaprowadzeni. Na parterze, z widokiem na ogród i osobnym salonem. Może być, standard raczej 3*. Ale z łóżkiem małżeńskim, a liczyliśmy na 2 osobne. Wracamy do recepcji. I dostajemy dużo lepszy pokój. Skrajny, z dużym tarasem, bliżej oceanu i z widokiem na niego (wg rezerwacji miał być na ogród). Znowu nam się udało. 😊

Poszliśmy na późną kolację do hotelowej restauracji. Jedzenie tego wieczoru, jak i przez cały tydzień było bardzo podstawowe. Codziennie ryż, frytki, gulasz wołowy (w sosie orzechowym – gambijskie danie domada) lub cielęcy, kurczak, ryba, jedna zupa, owoce, warzywa, sałatki, lody. 2 razy pojawiły się krewetki – raz z grilla w ramach cotygodniowej kolacji gambijskiej i raz w sałatce. Muszę przyznać, że były naprawdę dobre, duże i soczyste. Ogólnie nie narzekaliśmy i nie chodziliśmy głodni. Napoje były dobrej jakości – piwo butelkowane, soki z kartonów, a nie proszków, wino już z 5l folii, ale całkiem przyzwoite.

Jejku, tak długo chyba jeszcze nie opisywałem żadnego hotelu. Rzadko robię to w ogóle. Ale to zderzenie z gambijską wizją 5* chyba mnie sprowokowało. 😊 Tak czy inaczej, wróciliśmy z niego bardzo zadowoleni. Szczególnie, że ostatniego dnia przy wymeldowaniu zobaczyłem wręczany grupie turystów z Azji cennik – pokój 2-osobowy w cenie 300 zł/osoba noc, tylko ze śniadaniem…

Dzień 2, 10 lipca 2019 r.

Ten dzień rozpoczęliśmy od plażowania. Hotelowa plaża była dość przyjemna, z bezpłatnymi leżakami i parasolami, o które nie było bitew, a bar all-inclusive przy basenie był kilkadziesiąt metrów dalej. Plaża jest na pewnym podwyższeniu, poniżej jest falochron z kamieni i schody do plaży bądź wody. To za sprawą pływów, które są tu naprawdę duże. Raz do oceanu należy podejść 50 metrów, a raz to on podchodzi pod same schody.

Całe szczęście przed wylotem udało zdobyć mi się (choć nie było prosto) przewodnik po Gambii. Jedyny polski, National Geographic z 2014 roku, w wielu miejscach już niedostępny. Szczególnie jeśli nie ma czasu, żeby jakakolwiek przesyłka zdążyła dotrzeć. Z niego dowiedziałem się m.in., że Gambia pośrednio była jedyną kolonią Polski w XVII wieku. Za sprawą Księstwa Kurlandii i Semigalii, która ją sobie chwilowo podporządkowała, a z kolei sama Kurlandia była lennikiem Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ciekawe.

Późnym popołudniem wybraliśmy się na pieszą wycieczkę do Bijilo National Park, zwanego też Monkey Park. To bardzo blisko od naszego hotelu. Po drodze oczywiście zaczepia nas dwóch Gambijczyków, już mamy „przyjaciół”. Nic od nas nie chcą, są życzliwi, roztaczają czar bezpiecznej i przyjaznej Gambii, głoszą górnolotne idee Nice to be nice, We are all human beings. Doszli z nami aż do wejścia do rezerwatu, ok. 10 minut drogi. Okazało się, że oczekują od nas, że zapłacimy im za wstęp (co samo w sobie nie byłoby problemem –  4 zł), ale oczywiście potem oczekiwaliby, że zapłacimy im za usługę przewodnicką. Tłumaczymy, dziękujemy, że poradzimy sobie sami, tak lubimy, jesteśmy doświadczonymi turystami. Ale dowiadujemy się, że ten park jest oczywiście inny, przewodnik jest potrzebny itp. Pani z kasy, akurat, co zdarza się w krajach tego typu, nie była z nimi w komitywie i nakrzyczała na nich, że jeśli chcą robić takie interesy, to na ulicy, a nie tutaj negocjują i ustalają. Wtedy otrzymaliśmy rachunek za bezinteresowną rozmowę i spacer z nami, na odczepne daliśmy 100 dalasi (ok. 8 zł). Przyjaźń legła w gruzach. Ten typ ludzi nazywa się w Gambii bamsas.

Rezerwat był nieduży, z jednej strony przylegał do oceanu, a z trzech pozostałych do zabudowań, które dość ostro wyznaczały jego granice. Czasami w tle przebłyskiwało ogromne centrum konferencyjne budowane przez Chińczyków w typowym dla nich majestatycznym, molochowym stylu. Dopiero pod koniec naszego około półtoragodzinnego spaceru spotkaliśmy małpy – koczkodany. Niestety nie były zainteresowane naszymi orzeszkami i bananami, a nawet ich się bały. Tak czy inaczej miło spędziliśmy popołudnie. Wróciliśmy do hotelu plażą, skąd w ogóle mogliśmy przyjść i zacząć zwiedzanie rezerwatu. Nie ma żadnego ogrodzenia, a droga jest znacznie przyjemniejsza niż zakurzoną ulicą.

Dzień 3, 11 lipca 2019 r.

Po śniadaniu wybraliśmy się do Abuko Nature Reserve. W strefie hotelowej stały zielone, oficjalne, zarejestrowane, bezpieczne taksówki dla turystów. Więc nie dla nas. Wyszliśmy na główną drogę i złapaliśmy lokalną, żółtą taksówkę. Nie różnią się szczególnie, poza tym, że żółte są tańsze. Zielonych o ceny nie pytaliśmy, ale przy hotelowej recepcji wisiała lista oficjalnych cen. My płaciliśmy 3-4 razy mniej, mniej więcej tyle ile za polskiego Ubera. Załączam listę cen tutaj, może się komuś przyda, po podzieleniu na 3-4. 😊

Taksówkami najczęściej są Mercedesy z lat 90 z klekoczącym i buczącym silnikiem. Jeżdżą dość wolno. Niektóre w lepszym stanie – np. działające elektryczne szyby, niektóre w gorszym – urwana korbka czy odpadający pedał sprzęgła. Niektóre nieco bardziej zadbane, niektóre nieco mniej – np. z zakurzoną, oblepioną szybą, przez którą w nocy widać bardzo niewiele, a jej poważne zbicie zostało potraktowane jako ozdoba i oklejone wzorzystymi, pajęczastymi naklejkami. 

Mimo, że w Gambii jest dosłownie kilka miejsc, do których jeżdżą turyści i są one blisko strefy hotelowej, taksówkarz za bardzo nie wiedział o co chodzi nam z Abuko Nature Reserve. Nie po raz pierwszy. Zawiózł nas w okolicę, do dzielnicy o tej nazwie i powiedział, że to tutaj. Tłumaczyłem – ticket office, reserve, animals. Podwiózł nas więc do wejścia. Była tam jakaś tablica, ceny, zainteresowani byciem przewodnikami chłopcy, więc to chyba tutaj. Zapłaciliśmy, podziękowaliśmy. Był to jednak targ ze zwierzętami. Ale… to bardzo dobrze. Miejsce tak prawdziwe, autentyczne, nieturystyczne, z energią. Tutaj załączam lokalizację. Zaczepił nas przyjemny Gambijczyk. Może to będzie ten jeden, który niczego nie chce? Oprowadził nas po targu, pokazał palone, a następnie suszące się skóry krów (ponoć na dobrą, słodką zupę!), później ładowane na ogromną ciężarówkę. Zaprosił nas do swojej afrykańskiej, okrągłej chaty ze szmat. To lepsze niż rezerwat, którego szukaliśmy. Przy serdecznym pożegnaniu zostaliśmy poproszeni przez (chyba) jego ojca o zapisanie numerów telefonów, do nowych przyjaciół z Polski, żeby napisać od czasu do czasu na WhatsAppie „Hello!”. Podaliśmy. Lekko obawialiśmy się, że oprowadzający nas mężczyzna będzie chciał być naszym przewodnikiem w rezerwacie, ale o dziwo – nie. Odprowadził nas do głównej drogi i pokazał kierunek. Super. Prawdziwa, niezepsuta turystyką Afryka, pomyśleliśmy. Ta historia jednak nie kończy się w tym momencie, ale o tym później.

W rezerwacie, okupowanym przez szkolne wycieczki, do przejścia jest 3 kilometrowa trasa w ok. 1,5 godziny. Przyroda, jak i w poprzednim, nie powala, ale jest przyjemnie. Miła alternatywa dla plaży i all-inclusive. Wstęp niecałe 4 zł. Udało nam się spotkać małpy i tym razem były zainteresowane naszymi orzeszkami i bananami. Ale tylko jeden małpiszon odważył się wziąć orzeszka z ręki. I nawet pokazał zęby, gdy orzeszek został przytrzymany. To ciekawe, bo np. na Bali małpy są dość agresywne, czasem kradną ludziom np. butelki wody z rąk.

Dzień 4, 12 lipca 2019 r.

Prawie cały dzień spędziliśmy na plaży. Z przerwą na masaż, który uwielbiam. Spytaliśmy o cenę w hotelowym SPA, ale 35 euro nas nie przekonało. Znalazłem w pobliżu inny „salon” i tamtejsza cena 55 zł (700 dalasi) za 1:15h nas bardzo przekonała. I nawet była klimatyzacja. W ciągu pobytu poszedłem tam 3 razy. Ludzie wydają setki złotych miesięcznie na alkohol i papierosy, ale to w przeciwieństwie do nich dobry dla ciała i umysłu masaż uchodzi za luksus. Wiele osób nawet nie wie, co traci. Dla zainteresowanych podaję lokalizację African Queen. Ceny podawane przez dziewczyny szukające klientów na plaży (tu nie ma dwuznaczności, kraj jest muzułmański 😊) są identyczne, a ich „salon” to nagrzany pokoik z blachy falistej, jedynie z wiatrakiem. I masaż jest mniej przemyślany. Raz spróbowałem.

Na zachód słońca tego dnia pojechaliśmy do wioski Tanji, gdzie właśnie w tym momencie wracają z morza charakterystyczne, długie i smukłe kutry, a rybacy wraz z żonami wyładowują ryby, prosto na targ, który odbywa się przy plaży. Mnóstwo much, ptaków, dość intensywny smród. Nie dla delikatnych, ale nie jest tak źle. Mam w głowie scenę z dziewczynami siedzącymi na stołkach, stłoczonymi pod niską, szmacianą wiatą, skrobiącymi i patroszącymi małe ryby nad stojącymi w błocie plecionymi koszami, które obsiadają setki much. W powietrzu czuć energię, ale i lekkie poddenerwowanie ludzi, którzy tutaj dość często nie życzyli sobie zdjęć – nie tylko sobie, ale i ich rybom. Byliśmy jedynymi turystami i jedynymi białymi ludźmi. Niezwykłe miejsce. Ale dość męczące. Tak jak prawie w każdej podróży – doceniam Polskę.

Dzień 5, 13 lipca 2019 r.

Ten dzień spędziliśmy na plaży i masażu.

Dzień 6, 14 lipca 2019 r.

Po śniadaniu wybraliśmy się do Kachikally Crocodile Pool. Jedna z większych atrakcji Gambii. Niestety, mimo że jest to miejsce z jakąś historią, powstałe ponad 500 lat temu, jest to po prostu mały fragment ZOO z betonowym jeziorem i odkarmionymi krokodylami, z którymi turyści mogą spokojnie zrobić sobie zdjęcie pod okiem lokalnego przewodnika i poczuć się jak eksplorerzy dzikiej Afryki. Zdjęcie o dziwo nie kosztuje, ale pod koniec wizyty jest się namawianym na datek na ryby dla krokodyli. Bo 8 zł od osoby razy kilkaset turystów dziennie na pewno nie wystarcza. Z ciekawostek – do dziś niektóre kobiety mające problemy z zajściem w ciążę wierzą w lecznicą moc kąpieli w basenie (z krokodylami).

Następnie, nie mogąc złapać taksówki pod samym krokodylim basenem, poszliśmy w kierunku głównej drogi mając kolejny raz okazję poobserwować trochę prawdziwe życie.

Zatrzymała się obok nas zielona, turystyczna taksówka i taksówkarz zgodził się na taką cenę, jaką zaproponowaliśmy, czyli żółtą. Pojechaliśmy do stolicy, Bandżulu i na Albert Market. Nie jest to typowo turystyczny targ, sprzedaje się tam też warzywa, owoce, mięso, sprzęty AGD. Ale część z rękodziełem też jest. Oczywiście od razu poznaliśmy nowych przyjaciół, którzy na nasze prośby uszanowania tego, że chcemy zwiedzić targ sami i nie potrzebujemy przewodnika, odpowiadali, że nie są przewodnikami, tylko przyjaciółmi i Nice to be nice. Szkoda, że to nie działa w obie strony.

Pozostałe atrakcje stolicy to Arch 22, łuk wybudowany ku pamięci przewrotu i przejęcia władzy w 1994 roku, który minęliśmy po drodze, nie mając w planach zachwycania się widokiem na obskurne miasto oraz Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, która akurat była zamknięta. Miasto jest naprawdę brzydkie i niegodne miana stolicy – co powiedział w rozmowie z kierowcą autobusu rezydent, Gambijczyk. I oczywiście, jak w całej Gambii, to nie tylko kwestia biedy, bo ta nie musi tak wyglądać, ale po prostu brudu, do którego wszyscy tu przywykli.

Dzień 7, 15 lipca 2019 r.

Dzień powrotu. Szczęśliwie udało nam się wynegocjować bezpłatne późne wymeldowanie dopiero o godzinie 16, mimo że oficjalnie kosztowało to 10 euro za godzinę. Dzięki temu poszliśmy na masaż, mieliśmy chwilę na plażowanie, spakowanie się i ostatni posiłek.

Przyjechaliśmy na lotnisko. Po ustawieniu się w kolejce wielu Gambijczyków pytało nas o pozostające nam dalasi, które moglibyśmy im wręczyć. Po wyjściu z brudnej i śmierdzącej toalety, z zatkanym i wzbierającym pisuarem, dziadek klozetowy pospieszył mi z papierem toaletowym do wytarcia rąk. Papier czy ręcznik nie mógłby stać obok, bo nie podając go, dziadek nie wzbudzałby poczucia powinności wynagrodzenia wysiłku (zasada wzajemności u Cialdiniego). Na pożegnanie rzucił brzmiącą jak żart sugestię Tip for cleaning! Podobnie było w toalecie już w strefie odlotów, przed samym gatem – który jest jeden na całym lotnisku. Sprzedawcy z budek z jedzeniem (bardzo drogim, ceny jak na lotniskach w UE!) także byli nachalni.

Podsumowując ogólne wrażenia…

Ludzie

Są sympatyczni, życzliwi, uśmiechnięci, chyba większość z nich jest bardziej szczęśliwa niż przeciętny Europejczyk, mimo często tragicznych warunków, w jakich żyją. Wielu z nich przywita się, zapyta How are you? i jak nam się podoba w Gambii, oczekując potwierdzenia, że fantastycznie. Wielu pyta czy to nas pierwszy raz w Gambii, jakby była tak wspaniała i wielka, że warto byłoby przyjeżdżać tu co roku przez 10 lat. To śmieszne, ale szczególnie w krajach tego typu, czyli na raz, takie pytanie pada. I drugie pytanie – na ile dni, tygodni, miesięcy przyjechaliśmy. Jednak jeśli rozmowa trwa dłużej niż 30 sekund, zaczyna się od ustawiającego nas i opresyjnego One minute, please?! albo agresywnie krzyczanego od niechcenia za plecami Hello!, w większości przypadków nasz nowy znajomy chce zostać naszym przewodnikiem, o czym często nie mówi, lecz po prostu nie odstępuje nas na krok i wpędza nas w „zobowiązanie”, ewentualnie sprzedać nam coś lub zaprowadzić do jakiegoś baru. Całe szczęście nie są bardzo natrętni albo nieuprzejmi, gdy się odmówi. Czasem nawet rozmowa toczy się jeszcze chwilę dalej. Tak czy inaczej, to sprytna manipulacja, bo ciężko być podejrzliwym i zdystansowanym wobec kogoś, kto jest dla nas miły. I na tej strunie grają. Zasada lubienia i sympatii u Cialdiniego. Jednak wiadomo co za tym stoi i nie jest to uczciwe, szczególnie w przypadku przewodników, którzy bez pytania już wykonują tę „pracę”. Czasem próba sprzedaży jest też połączona z żebraniem, typu to jedyny mój dochód, muszę płacić za szkołę dla dzieci i nie przebija z tego pokora czy prośba, tylko roszczeniowość.

Tu dokończę historię ze znajomym z targu, który poprosił o numer telefonu. 3 dni po tamtej wizycie otrzymałem wiadomość: Hi. Odpisałem, jeszcze raz podziękowałem za oprowadzenie po targu i życzyłem wszystkiego dobrego. I po tak wyrafinowanym urobieniu mnie słowem Hi, przeszedł do konkretów. Bardzo się cieszę [że Ci się podobało], chcę żebyś mi pomógł Sir, wczoraj padało (faktycznie, ale lekko) i wszystko przecieka, potrzebuję, żebyś mi pomógł. Chwilę później telefon. Nie odebrałem. Z ciekawości jednak kontynuowałem rozmowę. Jak możemy pomóc – zapytałem. Jeśli moglibyśmy się spotkać jeszcze raz to moglibyśmy to przedyskutować. Jeśli mógłbyś pomóc, proszę, nie pieniędzmi, lecz kupując krowę z wioski i sprzedając ją tutaj [na targu]. Spytałem jak mamy kupować krowy ze wsi jako turyści. Odpowiedź: Chodzi mi o to, że mógłbyś mi pomóc pieniędzmi na to. Dać czy pożyczyć – zapytałem. Go give money – odpowiedział. Ile – zapytałem. Dostałem wiadomość głosową z mieszanym językiem lokalnym i angielskim, która brzmiała trochę jak od człowieka nie do końca normalnego, please please, elementy śmiechu, z prośbą jak zrozumiałem o załatwienie pracy. Czyli przyjazd do Europy? Niedorzeczne. Nie odpowiedziałem. Później jeszcze dostałem informację, że pomoc w jakiejkolwiek kwocie będzie ok. I tak na razie kontakt ucichł.

Oczywiście wszystkie te zachowania można tłumaczyć biedą i walką o przetrwanie. Ale bywałem w wielu biednych krajach i niestety w żadnym ludzie nie byli tak interesowni. I przykro to pisać, bo wolałbym być pozytywnie zaskoczony (jak np. narodami latynoskimi), ale fałszywi. Ich recepta na swoją sytuację to nie zrobić coś, dać od siebie, choćby posprzątać swój sklep, toaletę, czy stragan, ale po prostu #DEJ! Oczywiście dotyczy to głównie ludzi choćby pośrednio związanych (np. miejscem zamieszkania) z turystyką. Pewnie w głębi lądu, rzeki (Gambia znaczy rzeka), spotkałoby nas więcej prawdziwej życzliwości. Nie chcę wyjść na znawcę specyfiki afrykańskiej kultury po tygodniowym pobycie all-inclusive w Gambii i 2 tygodniowym w RPA, które przypomina bardziej USA, lecz moje wnioski i obserwacje są dość zbieżne z tymi, które ma poznany (chyba jedyny prawdziwy!) kolega. Łącznie z tym, że trzyma się z Gambijczykami na dystans. Studiował tu zarządzanie zasobami ludzkimi (HR), choć jest z Nigerii. Dlatego też mogliśmy krytycznie spojrzeć na Gambię, nie mając wobec niej sentymentu. Zapytałem go dlaczego to wszystko tak wygląda. Odpowiedział, że polityczne wybory Gambijczyków nie są przemyślane ani też nie wywierają oni żadnego wpływu na władzę, gdy ta działa źle, są bierni. Wprawdzie rządzący ponad 20 lat dyktator został obalony w 2017 roku (po tym jak na odchodne żądał odłączenia dla siebie części kraju, utworzenia tam jego „królestwa”) przy pomocy Nigerii (która wg kolegi jest w Afryce jak Niemcy w UE). Jednak od tego czasu niewiele się zmieniło, nowy prezydent nie robi nic. I druga sprawa – bierność Gambijczyków wobec swojego losu. Trochę łatwo powiedzieć z naszej perspektywy, ludzi którzy mieli życiowy start lepszy o 100 razy, ale takie jest zdanie kolegi, więc je tu przytoczę.

Przyroda, atrakcje

Oprócz tych zwiedzonych przez nas i wymienionych w relacji, jest ich jeszcze kilka. Np. prywatny rezerwat Makasutu, w którym można popływać chwilę łódką i zobaczyć głównie małpy. Można wybrać się także do niewielkich kamiennych kręgów w Wassu, lecz jest to 230 km i 4h drogi. Pojechanie czy popłyniecie w górę rzeki Gambia pewnie jest jakąś atrakcją, choć w naszym przewodniku napisane jest, że droga samochodem jest nieciekawa (pod względem turystycznym, drogowym to oczywiste 🙂 ). Do atrakcji zalicza się też Kunta Kinteh Island z fortem James, gdzie zaczynała się kolonizacja Gambii, a później “przechowywano” niewolników przed ich podróżą do Nowego Świata. Jednak obecnie są to tylko ruiny, a wycieczka zajmuje cały dzień, więc odpuściliśmy.

Więc ogólnie – jako dodatek do plaży i all-inclusive (wcale nie taniego!), Gambia ma coś do zaoferowania. Jakieś pojęcie o Afryce zdobyte bez nadmiernych wysiłków. Ale jeśli ktoś oczekuje safari takiego jak jest możliwe w Parku Krugera w RPA (ja jeździłem 3 dni własnym samochodem), ogromnej różnorodności przyrodniczej – fauny, flory, ukształtowania terenu (jak w RPA), czy całych dni pełnych przygód to się rozczaruje. Szczerze, jeśli ktoś ma nastawiać się akurat na ten kraj, planować, marzyć – to odradzam. Chyba, że jako część podróży po tej części Afryki. Dla mnie jeszcze nierozpoznanej. Choć będę na nią bardziej otwarty.

Bezpieczeństwo

Czuliśmy się bardzo bezpiecznie, nawet w zupełnie nieturystycznych miejscach jako jedyni biali, z aparatem na wierzchu i nie baliśmy się zdecydowanie odpowiedzieć na zaczepianie o pieniądze. W samolocie poznałem Niemkę, która zwiedziła dużo dzikich krajów takich jak Angola, Zimbabwe czy Mozambik i bardzo chwaliła, także pod względem bezpieczeństwa. Aż się zdziwiłem.

Zdrowie, szczepienia, profilaktyka

Określenie malarią określane jest w całej Gambii jako duże, szczególnie w porze mokrej, w której byliśmy (nie wyglądało to na taką!), ale widzieliśmy zaledwie kilka komarów. Stosowaliśmy Muggę (repelent, także na inne owady – na muchy się tu bardziej przyda; 50% DEET) i nie ugryzł nas żaden. To dobrze, bo oprócz malarii jest jeszcze denga, żółta gorączka (można się zaszczepić, ale najpóźniej 10 dni przed wyjazdem, więc nie zdążyliśmy) i inne choroby. Tym razem niepotrzebnie braliśmy Malarone, profilaktyczny lek na malarię. Podjęliśmy decyzję o odstawieniu go w samolocie, skoro już wracamy bez ugryzień. Normalnie należy brać go jeszcze 7 dni po podróży. Oszczędność 80 zł i wątroby (choć nie mieliśmy efektów ubocznych). Woda z kranu o dziwo jest zdatna do picia, w pokoju jest czajnik, kawa, herbata. Ja piłem przegotowaną i przefiltrowaną przez moją ulubioną od niedawna (szczególnie w podróży!) butelkę Dafi.

I tak kończę tę relację znajdując się gdzieś na Saharą. Tym razem przy oknie i wyjściu awaryjnym, co jak dowiedziałem się prosząc o to miejsce, kosztuje 40 euro, ale z powodu niepełnego obłożenia samolotu dostanę to miejsce za darmo. Czyli jednak coś można dostać tu za darmo!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *