fbpx

Poradnik: Planowanie zwiedzania i poruszanie się na miejscu

trip-1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W tym poradniku podpowiem Wam, w jaki sposób organizować sobie czas w miejscu docelowym. Skąd czerpać informacje, w jaki sposób je filtrować i weryfikować, jak pomagać sobie nowoczesnymi technologiami (smartfon, nawigacja), a jednocześnie nie przesadzić z planowaniem każdego szczegółu i wirtualnie nie przeżyć całej podróży zanim się jeszcze zacznie.

Skąd czerpać informacje?

 

  1. Przewodniki turystyczne

Wbrew czasem spotkanym zarzutom dotyczącym typowości i oklepania miejsc w nich opisanych, uważam, że są dobrym źródłem informacji, zarówno dla przeciętnego, jak i bardziej „ambitnego” turysty, dającym ogólny, dość szeroki i kompleksowy obraz odwiedzanego kraju czy regionu.

Zmniejszają wysiłek związany z poszukiwaniem informacji i ryzyko niedowiedzenia się o czymś, co chcielibyśmy zobaczyć, gdybyśmy wiedzieli, ale np. nie dokopaliśmy się do tego czy nie zwróciliśmy na to uwagi przeglądając informacje w internecie.

 

Jaki przewodnik wybrać?

Nie zbyt cienki, szczególnie jeśli jest to przewodnik po dużym państwie (np. USA). Wtedy w rozdziałach poświęconych poszczególnym regionom będą te absolutnie najpopularniejsze atrakcje (oznaczane np. 3 gwiazdkami, tzn. zobacz koniecznie), niekoniecznie ciekawsze i faktycznie bardziej atrakcyjne, niż te mniej popularne, które byłyby oznaczone 1 gwiazdką, ale ze względu na małą objętość przewodnika, nie będzie ich tam wcale.

Także nie zbyt gruby. Osobiście nie przepadam za tym etapem planowania podróży, gdy jeszcze nie wiem prawie niczego o kraju czy regionie, do którego się wybieram i muszę się tego dowiedzieć, by pójść o krok dalej (planowanie noclegów itp.). Wszystko jest takie nieokreślone i ruchome. Na pewno w szybkim odnalezieniu się nie pomaga gruby przewodnik, w którym każda atrakcja opisana jest na kilku stronach wraz z ich rysunkami i wyjaśnieniami np. rzeźb, symboli itp. Takie są przewodniki Wiedza i życie (raczej drogie). Jednak po przebrnięciu przez to wszystko lub przy poszukiwaniu w nim konkretnych atrakcji, o których już wiemy, np. z internetu (pomaga choćby wpisanie w Google “Gwatemala atrakcje”, dostaniemy konkretną listę ze zdjęciami), sprawdza się bardzo dobrze. Osobiście lubię przewodniki Michelina (zielone) i jeśli są dostępne dla danego kierunku, kupuję. Przewodnika po Gwatemali czy Jamajce w języku polskim nie ma, więc musiałem kupić anglojęzyczny Lonely Planet, ponoć najlepszy na świecie. I faktycznie muszę przyznać, że był bardzo dobry, ale tak czy inaczej, warto wesprzeć się internetem.

Część praktyczną przewodników poświęconą hotelom, sklepom i restauracjom uznaję za zbędne obciążenie, szczególnie w dużych miastach. W małej wiosce, z której wyrusza się np. na rejsy statkiem po rzece mogą być faktycznie przydatne. Zazwyczaj jednak wszystkie te informacje, bardziej aktualne, szczegółowe i lepsze (jeśli chodzi np. o tani nocleg – nie ma zawsze tanich, ceny są zazwyczaj dynamiczne!) znajdziemy w internecie, o czym później.

Przydatne w przewodniku, przynajmniej poglądowo, są mapki: kraju, regionów, miast czy konkretnych atrakcji. Nie rozumiem dlaczego tak rzadko na mapy naniesione są atrakcje, a o numerach stron do nich można zapomnieć. Jeśli w naszym przewodniku tego nie ma, polecam zrobić to samemu – złamać wpajane nam od podstawówki sacrum nietykalności książki i oznaczyć (nawet długopisem!) na mapie interesujące nas atrakcje wraz z numerami stron do ich opisu. Później znacznie prościej będzie planować dzień i trasę, nie kartkując i nie gubiąc się wśród opisów atrakcji, których lokalizacji jeszcze nie pamiętamy, tylko spoglądając na mapę. Tak samo warto podczas czytania przewodnika oznaczać atrakcje np. na Mapach Google, z których później będziemy korzystać planując trasę.

Jeśli chodzi o poręczność, to dobrze, jeśli przewodnik mieści się w tylnej kieszeni (np. wysoki i wąski), ale przecież nie za wszelką cenę i nie kosztem jakości informacji w nim zawartych. Można tego oczekiwać bez utraty jakości od przewodnika po jakiejś śródziemnomorskiej wyspie, ale nie po Japonii. Dobrym rozwiązaniem, które uwolni nas od noszenia w trakcie zwiedzania jakiegokolwiek przewodnika czy map, jest smartfon. O ile robi ostre zdjęcia w przyzwoitej rozdzielczości, każdego dnia, żeby nie brać ze sobą żadnych materiałów z hotelu czy samochodu, można zrobić zdjęcia przydatnych tego dnia stron i wracać do nich w trakcie zwiedzania na telefonie. Bardzo cenię sobie wolne ręce i brak wszelkich ekwipunków. 🙂

 

W jaki sposób korzystać z przewodnika?

Korzystając z przewodnika trzeba mieć świadomość kilku rzeczy.

Po pierwsze, są tam zazwyczaj opisane (w zależności od obszerności) atrakcje najpopularniejsze, najlepiej przygotowane pod względem infrastrukturalnym i turystycznym. Np. Muzeum Narodowe w stolicy czy najpopularniejsza świątynia. I według tych kryteriów atrakcje są też oceniane.

Pewnie nie raz zdziwimy się, że ta dostała 3 gwiazdki, a ta, znacznie ciekawsza, nieco na uboczu, z dala od masowej turystyki, przez którą nie utraciła prawdziwego uroku i autentycznego klimatu – ma 1 gwiazdkę.

W przewodnikach nie znajdziemy atrakcji typu wycieczka górskimi drogami, w upale przerwa na arbuza z wiejskiego sklepu, przed którym siedzą lokalne dziadki, cieszenie się klimatem czy widokami. A tego też warto doświadczyć, czasem pojechać do regionu gdzie “nic nie ma”.

Po drugie, przewodniki sugerując ilość czasu potrzebnego na zwiedzanie poszczególnych miast czy regionów (w mniejszym stopniu konkretnych zabytków), bardzo przesadzają. Powiedziałbym, że trzeba go podzielić przez 2, a czasem nawet 4.

Wszelkie rekordy pobił przewodnik Micheline’a po Japonii, który na Tokio sugerował poświęcić tydzień (3 dni to absolutne minimum), na Kioto także tydzień, a na świątynne miasto Nikko 2-3 dni. Na Tokio wystarczyły mi 2 pełne dni, na Kioto 1 pełny dzień, a w Nikko nie było co robić po 3 godzinach. Znacznie bliżsi rzeczywistości byli blogerzy, których i tak pobiliśmy intensywnością zwiedzania. To prawda, że nie zwiedzaliśmy bardzo dokładnie i omijaliśmy np. muzea. Ktoś powie, że on woli spokojniej, dokładniej, a może nawet „lepiej” poznać kraj. Ja jednak mając do dyspozycji tydzień w Japonii i karnet na pociągi (czyli każdy przejazd to zero dodatkowych kosztów), wolałem za cenę „niedokładności” zobaczyć oprócz standardowych punktów przeciętnego turysty (Tokio, Kioto, Nara), także Osakę, Zamek Himeji, Hiroszimę, wyspę Miyayima (cudowna!), zamek Matsumoto i górską wieś, żeby odetchnąć od miast. O jednodniowym zwiedzaniu Budapesztu i Stambułu po drodze nie wspominając, bo jak to? Nie da się, za krótko, co tam można zobaczyć przez ten czas!

Choć mi osobiście bardziej odpowiada różnorodność i gdy wiele się dzieje, nie przekonuję, że ten model zwiedzania jest obiektywnie lepszy. Zwracam uwagę, że trzeba sobie uświadomić czego się oczekuje od podroży oraz jakie podejście (czasem rozbieżne) prezentują różne źródła informacji. 🙂

Po trzecie, w podręcznikach atrakcje bywają opisane dość skrótowo. Żeby dowiedzieć się więcej, zobaczyć zdjęcia (czasem to kluczowe!), poznać opinię innych, zdecydować czy na pewno warto (nawet gdy podręcznik uważa to za obowiązkowy punkt) i nie rozczarować się, szczególnie, jeśli odwiedzenie jakiegoś miejsca wymaga długiej podróży – sięgnijmy do internetu. Google, blogi podróżnicze, Tripadvisor.com, Mapy Google i Google Grafika nam pomogą.

 

  1. Blogi podróżnicze

Także są dobrym źródłem informacji. W podręczniku chcącym przekonać nas o wyjątkowości każdego kraju, regionu i miasta (w którym na 100% jest coś: najstarsze, największe, najwyższe, najlepiej zachowane, pierwsze…), raczej nie przeczytamy: kolejna z 20 podobnych świątyń podczas tej wycieczki, jeśli ktoś jest w pobliżu to może zobaczyć, ale jechać specjalnie nie warto. Na blogach panuje więc podejście do planowania, wyboru i oceny atrakcji, przynajmniej mi bliższe, będące cenną przeciwwagą dla bardziej oficjalnych źródeł.

Na blogach znajdziemy dużo praktycznych i cennych informacji, np. gdzie zjeść, o cenach, kulturze (w przewodniku nie zawsze przeczytamy, że prawie wszyscy oprócz bankomatu będą próbowali nas oszukać), czy poruszaniu się na miejscu. Czasem zbyt dużo „praktycznych” informacji, przez co bardzo proste kwestie urastają do rangi skomplikowanego zagadnienia wykładowego.

Przykładowo Japan Rail Pass, który wystarczy opisać tak: Tygodniowy karnet dla turystów na wszystkie pociągi JP Rail oprócz Shinkansenów Nozomi i Mizuho. Kosztuje ok. 1000 zł, trzeba go kupić przed przyjazdem do Japonii, a na miejscu aktywować. Bardzo się opłaca, ponieważ normalnie bilet w obie strony: Tokio – Kioto kosztuje tyle samo, bywa opisywany w tekstach długości artykułu, sprawiających mylne wrażenie – jakie to skomplikowane, jak to spamiętać, chyba zrobię notatki.

Podobnie z tokijskim metrem, które obsługują 2 niezależne firmy. Można kupować bilety jednorazowe na konkretną trasę (140-280 JPY) albo całodzienne na metro jednej lub obu firm (1000 JPY). Załącznik z mapą (jeśli nie ma jej w przewodniku) i to wystarczy. Nie trzeba czytać o tym całego artykułu, bo reszta działa podobnie, jak na całym świecie.

Przestrzegam w tym miejscu przed pokusą, często wynikającą z obaw, że sobie nie poradzimy, zaplanowania wszystkiego i co do sekundy.

Po pierwsze – odbycie podróży wirtualnie zanim się jeszcze zacznie odbiera przyjemność z właściwej podróży na miejscu. Trochę spontaniczności. Co będziemy zwiedzać drugiego dnia? Pomyślimy wieczorem pierwszego dnia. Gdzie zjemy kolację? Zobaczymy po drodze. Jak stamtąd wrócimy? O ile nie grozi nam utknięcie, sprawdzimy dopiero, jak będziemy chcieli wracać.

Po drugie – opisy prostych czynności bywają skomplikowane. Miejsca takie jak lotniska, metro, dworce są tak przemyślane i oznaczone, by każdy się w nich odnalazł i wiedział, co ma robić. Nie ma sensu studiowanie mapy lotniska przesiadkowego przed przylotem w obawie, że nie znajdzie się drogi do właściwego terminala, z którego odlatuje kolejny samolot. Szkoda czasu, energii i nerwów. W wielu sytuacjach lepiej po prostu pójść za strzałkami i symbolami, myśleć na bieżąco.

Po trzecie – zawsze można zapytać. Ze znajomością angielskiego i w Europie, i poza nią bywa różnie, ale weźmy pod uwagę, że sytuacje i sprawy dotyczące turysty są zazwyczaj bardzo typowe, do domyślenia się i często do załatwienia prawie że bez konieczności znalezienia wspólnego języka. Jeśli ktoś chce się dogadać, dogada się w każdym języku. Jeśli nie chce – i polski nie pomoże. Byłem w ponad 60 krajach i nie zapadła mi w pamięć żadna poważna sytuacja, w której język byłby barierą nie do pokonania.

 

  1. Serwisy podróżnicze

W serwisie www.tripadvisor.com znajdziemy opinie o hotelach (chyba największa baza), restauracjach, barach, pubach i atrakcjach. Możemy w ten sposób znaleźć interesujące nas miejsce, filtrując lokale według rodzaju, cen, lokalizacji, typu kuchni. Jest to wiodący serwis i z innych nie korzystam, więc nie będę polecał. Warto na smartfonie zainstalować sobie aplikację TripAdvisor.

Podobną rolę spełniają Mapy Google. Często szukam tam restauracji w trakcie zwiedzania.

 

Poruszanie się na miejscu, planowanie trasy, nawigacja

 

  1. Mapy Google

Oprócz bardzo cennej w przygotowywaniu i w trakcie podróży wyszukiwarki Google (stron i zdjęć), którą można zapytać o wszystko (nie bójmy się tego, odpowiedź na pytanie w naszej głowie już tam czeka!), przydatne będą także Mapy Google.

Przed podróżą, w mobilnej wersji aplikacji na swoim smartfonie warto zapisać sobie do użytku offline interesujący nas obszar. Po wpisaniu w aplikacji mobilnej, np. Praga, wybieramy ją z wyników wyszukiwania. Słowo „Praga” wyświetli się na białej, dolnej belce. Klikamy na nią, a następnie w prawym, górnym rogu na symbol trzech kropek (więcej) i wybieramy Zapisz obszar offline. Niestety bywają obszary, których nie można zapisać (nie życzą sobie?) i wtedy tej opcji nie zobaczymy. Można sobie z tymi poradzić. Kiedy jeszcze będziemy mieli dostęp do internetu, wystarczy przejrzeć mapę danego regionu, poprzybliżać, żeby była bardziej szczegółowa itp. Telefon ją zapamięta na czas działania aplikacji w tle.

Jeśli korzystając na komputerze z Map Google jesteśmy zalogowani na to samo konto Google, co na telefonie, wszystkie oznaczenia gwiazdką miejsc (ulubione) na którymkolwiek z urządzeń, będą się synchronizowały. Więc możemy wygodnie planować i zaznaczać na komputerze, szukając po prostu po nazwie miejsca, nie po żadnych adresach, co bywa kłopotliwe i zawodne, a wszystko zsynchronizuje się z telefonem.

Nie polecam tworzenia własnych map, tzn. listy zaznaczonych obiektów, mimo, że można je dowolnie nazywać, dopisując np. numer strony w przewodniku, opis, komentarz. Lepiej oznaczać obiekty gwiazdką, mimo, że wtedy nie możemy zmienić niczego (ewentualnie dodać etykietę z krótkim własnym opisem), ponieważ gwiazdki będą widoczne zawsze. Korzystanie z własnych map niestety wymaga internetu. Kiedy stracimy połączenie, niedługo potem nasza mapa zniknie. Nieco skomplikowanym rozwiązaniem dla kogoś, kto już się napracował i stworzył mapę albo dla kogoś, komu wygodnie jest tworzyć mapy w Mapach Google, a później chce przenieść je do innego programu nawigacyjnego jest jej eksport do pliku .kml. Ale z zaimportowaniem do innej aplikacji może być trochę zachodu. Maps.me (o czym później) odczyta ten plik bez problemu.

Bez internetu nawigacja w Mapach Google także działa, lecz zaproponuje tylko jedną trasę (czasami proponuje jeszcze 2 alternatywne) i nie będzie można np. ominąć tras płatnych. Gdybyśmy jednak złapali internet, a kraj, miasto czy region, w którym jesteśmy się postarało i dostarczyło Google odpowiednie informacje, to moglibyśmy wyznaczać trasy także komunikacją miejską i międzymiastową (autobusy, pociągi, promy). Takiej nawigacji potrzeba raczej raz na jakiś czas, więc nie będzie problemem znalezienie w tym celu WiFi, jednak niestety nie wszędzie ta funkcja działa. Wtedy możemy poszukać w internecie lokalnych odpowiedników stron typu www.jakdojade.pl czy www.e-podroznik.pl, wpisując w Google np. trip planner, route search, route finder, timetable.

Istotną funkcją jest kompas (o ile posiadamy w telefonie), dzięki któremu przy niebieskiej kropce (aktualna pozycja) pokazuje się strzałka określająca kierunek, w którym patrzymy. Bardzo przydatne w gęsto zabudowanym terenie, w którym GPS może mieć problemy, a poza tym pieszo nie poruszamy się na tyle szybko, by móc od razu zobaczyć w którą stronę przesunie się aktualna pozycja i ocenić, czy idziemy w dobrą stronę.

Oprócz typowo nawigacyjnych zastosowań, Mapy Google, o ile na miejscu w potrzebie znajdziemy WiFi (albo kupimy starter lokalnego operatora) pomogą znaleźć nam to, czego akurat teraz potrzebujemy i nie zaplanowaliśmy tego wcześniej.  Np. mając ochotę na sushi w okolicy, w Kioto, wpisuję do aplikacji Mapy „sushi” i otrzymuję zaznaczone na mapie sushibary wraz z godzinami otwarcia, opiniami i zdjęciami użytkowników Google. Podobnie z pocztą, stacją benzynową itd. Skuteczność i sens takich zastosowań zależy oczywiście od dostępności internetu – z sieci (w Unii Europejskiej już go mamy bez dopłat) czy WiFi (w Japonii akurat bardzo dobra) i infrastruktury informacyjnej. W mniej cywilizowanych krajach nie liczyłbym, że znajdę szybko WiFi, a tym bardziej, że ten pozornie nieciekawy lokal z dobrą kuchnią na rogu znajdę w internecie.

Zwiedzanie Japonii było moim pierwszym zwiedzaniem aż tak „online”, do tej pory wszystkie informacje szukałem przed podróżą lub w trakcie, ale będąc w hotelu, nie na ulicy. Całe szczęście mamy wreszcie darmowy roaming danych w Unii Europejskiej i możemy mieć zawsze dostęp do internetu. To dużo ułatwia.

Czy kupować na miejscu starter lokalnego operatora dla internetu? Osobiście nigdy tego nie robiłem, nie było to dla mnie warte zachodu i czasem wysokiej ceny. Nawigacja offline i WiFi w miejscu noclegu bądź gdzieś po drodze mi wystarczało.

 

  1. Nawigacja offline

Możemy zabrać ze sobą typową nawigację, czyli urządzenie przeznaczone głównie do samochodu. Jednak podróżując poza Europę, a nawet już na hiszpańskie Wyspy Kanaryjskie (w mojej kiedyś ulubionej AutoMapie ich nie ma) możemy mieć problem ze znalezieniem map lub mogą być drogie. Bardziej światową nawigacją jest Garmin, ale jakość map i prymitywnej aplikacji mnie nie zachwyca. Poza tym, jeśli planujemy dużo chodzić po mieście, do czego też potrzebujemy nawigację, może być ona nieporęczna.

Od kilku lat używam tylko Map Google, w samochodzie i pieszo. Nie przetestowałem bardzo wielu aplikacji, ale z innych, na Androida mogę polecić jeszcze darmowe maps.me (link do sklepu Google) z darmowymi, dobrymi mapami chyba wszystkich państw świata. Czasem dokładniejszymi niż Mapy Google, gdzie dany obszar jest pusty, a na maps.me jednak coś jest. W Korei Południowej np. nie można pobrać map offline do Map Google, a do maps.me można było. Na iOs, z którym nie jestem zaznajomiony, sprawdzone źródło poleciło mi także maps.me (link do iTunes). 🙂

Wprowadzając ulubione miejsca czy punkty trasy do nawigacji (co warto zrobić przed podróżą), zawsze lepiej uważać. Bywa, że nie znajdziemy dokładnie takiego adresu lub nie znamy go, np. adres wieży Eiffela? Mogą pomóc nam w tym POI, czyli baza punktów typu atrakcje turystyczne, sklepy, stacje benzynowe, hotele, szpitale. Baza ta w Mapach Google działa naprawdę dobrze. Z wyszukiwania konkretnego adresu korzystam bardzo rzadko. 

Wykorzystując smartfona jako nawigację samochodową warto zabrać ze sobą uchwyt z przyssawką do szyby i ładowarkę samochodową USB, do której można podłączyć też inne urządzenia, najlepiej o maksymalnym dopuszczalnym przez urządzenie natężeniu prądu (np. 2A), żeby ładowanie nie trwało zbyt długo.

Jeśli używamy smartfona tylko do nawigacji pieszej i nie chcemy go ładować po Starbucksach albo nosić przy sobie powerbanka, warto włączyć tryb niskiego zużycia energii, przyciemnić ekran, wyłączyć np. bluetooth i jeśli nie musimy być dostępni pod telefonem, włączyć tryb samolotowy. Wtedy wystarczy nam na cały dzień nawigacji i np. przeglądania zdjęć przewodnika, o czym pisałem wcześniej.

 

Zdjęcia

W tym miejscu napiszę tylko jedną, bardzo cenną uwagę, szczególnie, jeśli robimy zdjęcia więcej niż jednym aparatem, np. standardowym aparatem i komórką. Jeśli chcemy by po powrocie nasze zdjęcia ze wszystkich źródeł ułożyły się w sensownej, chronologicznej kolejności w folderze, trzeba pamiętać, by podczas ich robienia był ustawiony prawidłowy, ale przede wszystkim dokładny i jednakowy czas we wszystkich urządzeniach. Dzięki temu automatycznie posortujemy zdjęcia wg daty utworzenia (tzw. dane EFIX zdjęć zawierają też wiele innych szczegółów, np. model aparatu, przysłona, migawka, ISO). Zdjęcia z komórki zazwyczaj będą miały czas wykonania taki, jak aktualnie w telefonie, czyli czas lokalny, który może różnić się od polskiego. Wtedy na ten sam czas trzeba przedstawić aparat.

Po fakcie, kiedy robiliśmy zdjęcia urządzeniami z różnymi czasami, można zmienić seryjnie daty ich wykonania (każde zdjęcie +/- ileś godzin), ale to dodatkowa niewygoda i można się pomylić – co mi się zdarzyło i najlepsze zdjęcia z obu urządzeń musiałem wybierać osobno, bo takiej nieudanej operacji nie można cofnąć.

 

Powodzenia! 🙂

tripplanning

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *