fbpx

Emiraty Arabskie i Dubaj

Po nocnej podróży do Budapesztu i ponad 5-godzinnym locie, wieczorem 14 maja wylądowaliśmy na lotnisku Dubai World Central. Mieliśmy szczęście przelatywać nad dobrze oświetloną, sztuczną wyspą – słynną Palmą Jumeirah o wymiarach 5×5 km, najlepiej widoczną właśnie z góry. Po kontroli paszportowej, podczas której przeglądano paszporty, prawdopodobnie w poszukiwaniu pieczątki izraelskiej, otrzymaliśmy stempel wjazdowy. Jeszcze w marcu wiza kosztowała 500 zł i wymagała podjęcia wysiłków już w Polsce, co było znaczącym i niepotrzebnym kosztem, psującym zadowolenie nawet z dobrze kupionego biletu. Odłożyłem więc ten kierunek na później i nie trzeba było długo czekać. 🙂

Odebraliśmy samochód z wypożyczalni – był to nowy VW Jetta, z 5000 km przebiegu. Włączyłem przygotowaną jeszcze w Polsce nawigację w telefonie, bez której byśmy zginęli już w tym momencie i dojechaliśmy do hotelu. Po zameldowaniu zjechaliśmy do podziemnego parkingu, podobnie jak ulice Dubaju, wypchanego luksusowymi samochodami. Maybachy, Bentleye, Lamborghini, Cadillaci, a nawet Rolls-Royce’y bardzo nam spowszedniały. Lecz Polska w dubajski ruch drogowy także ma swój wkład – autobusy Solarisy. 🙂

Pierwszy pełny dzień, 15 maja, był niesamowicie intensywny. Zaczął się o 10 rano, a skończył o 4 w nocy. Pierwszym punktem na naszej trasie zwiedzania była Zatoka Dubaju, miejsce, gdzie wszystko się zaczęło. Zachowała się tam historyczna, utrzymana w piaskowych barwach dzielnica wąskich uliczek – Bastakija, o wymiarach zaledwie 200×300 m, z której wystają liczne wieże wiatrowe, wprowadzające powietrze do domów, pełniąc funkcję „klimatyzacji”. Wzdłuż brzegu stoją stare, drewniane łodzie, przywożące na pobliski souq (targ) wszystko – wyroby rzemieślnicze, przyprawy, lodówki, telewizory, garnki… oraz małe łódki abra przewożące ludzi z jednego brzegu (Bur Dubaj) na drugi (Deira). Mniej niż 100 lat temu Dubaj nie wykraczał poza tę okolicę. Obecnie, ciągnie się jeszcze 30 km wzdłuż Zatoki Perskiej na południe. Bardzo wartościowa była wizyta w Muzeum Dubaju, gdzie zobaczyliśmy film o rozwoju miasta, a także bogatą ekspozycję na temat tradycyjnego życia mieszkańców, które znacznie się zmieniło w tak krótkim czasie. Obrazowo – przesiedli się z wielbłądów do Bentleyów. Przepłynęliśmy na drugą stronę brzegu, do dzielnicy Dejra, gdzie spacerowaliśmy po targu przypraw, złota i perfum oraz zwiedziliśmy najstarszą szkołę w Dubaju, otwartą w 1912 r. Nie dość, że muzeum było bezpłatne, to jeszcze można było wygodnie usiąść w klimatyzowanym, arabskim saloniku i napić się herbaty.

Godzinę przed zachodem słońca pojechaliśmy odpocząć na plażę Jumeirah Open Beach, z której w oddali (ponad 10 km) było widać najbardziej rozpoznawalny symbol miasta – 7-gwiazdkowy hotel w kształcie żagla – Burj al Arab. Gdy się ściemniło, podjechaliśmy bliżej. To ciekawy obiekt, ale myśleliśmy, że w rzeczywistości jest wyższy. Niestety najtańszym sposobem na zwiedzenie go od środka jest rezerwacja stolika w restauracji, podczas której to wizyty należy wydać co najmniej 250 dolarów.

Chwilę jazdy od słynnego hotelu znajduje się kolejny symbol Dubaju – Palma Jumeirah, usypana wyspa na oceanie o wymiarach 5×5 km. Na lewo i prawo od „pnia”, po którym jechaliśmy, odchodziły uliczki z domami, a następnie droga zanurkowała pod wodami zatoki i zaprowadziła nas na sam koniec, gdzie stał ekskluzywny hotel Atlantis. Objechaliśmy prawe i lewe ramię palmy, podziwiając Dubaj nocą od strony morza.

Po powrocie na ląd, wzdłuż plaży pojechaliśmy do wyjątkowego miejsca – Dubai Marina, gdzie można spacerować po eleganckiej promenadzie dookoła przystani, między migoczącymi drapaczami chmur lub wstąpić do jednej z restauracji, m.in. na aromatyczną fajkę wodną. Życie toczy się do późna. Zostaliśmy tam do 2 w nocy i wciąż było jeszcze wiele rodzin z dziećmi.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do wschodniej części Emiratów, jako pierwszy cel obierając miasto Fudżajra. Wzdłuż autostrady, miejscami obficie przysypanej piaskiem z pustyni, przez którą biegła, czasem tylko wyrastały pojedyncze, nowe domy, a obok nich – prawdopodobnie generatory prądu. Ciekawe, jak żyje się na pustyni.
Po dojechaniu do naszego pierwszego celu, odwiedziliśmy muzeum, podobne do tego, które zwiedziliśmy dzień wcześniej, mniej nowoczesne, ale za to z eksponatami sprzed tysięcy lat. Samo miasto było nieciekawe – nowe, puste, bez charakteru. Pojechaliśmy na północ wzdłuż Zatoki Omańskiej w poszukiwaniu pięknych plaż, w które, według zapewnień przewodnika, obfituje to wybrzeże.
Po drodze zatrzymaliśmy się w zupełnie nieturystycznym mieście Khor Fakkan, z całkiem przyjemną promenadą, wzdłuż której biesiadowały arabskie rodziny.

W poszukiwaniu pięknych plaż dojechaliśmy aż do… Omanu. To właśnie do Omanu należy północna, górzysta część półwyspu przy cieśninie Hormuz. Na pierwszym przejściu granicznym, jak się okazało nieobsługującym turystów, przez „rozmowę” z niemówiącymi po angielsku strażnikami, spowodowaliśmy korek i w konsekwencji stłuczkę 2 samochodów stojących w nim. Ostatecznie, po znalezieniu właściwego przejścia, mieliśmy okazję, bez konieczności posiadania wizy, po przeszukaniu samochodu, odwiedzić przygraniczne, omańskie miasteczko Diba, gdzie miała znajdować się jedna z ładniejszych plaż w okolicy przy hotelu Golden Tulip. Nie była zła, ale bez przesady. Do tego czasami mocniej powiewający wiatr zmieniał drobny piasek w kłujące po nogach igły. Słońce szybko zaszło za skałami i zrobił się cień.

Wracając do Dubaju, zatrzymaliśmy się w barze dla tirowców, gdzie spróbowaliśmy kurczaka z arabską pitą i dipem. Sztućców nie było, nikt ich nie potrzebował. 🙂 Kelner bez pytania stawiał nam na stole różne rzeczy – sałatkę, wodę, colę, kolejne pity, ale najwidoczniej zamiary miał dobre, bo nasz rachunek wyniósł 8 zł od osoby. 🙂

Bliżej Dubaju zwiedziliśmy małą, zabytkową część Szardży (miasta prawie zlewającego się z Dubajem), do której ze wszystkich stron mocno wdzierała się współczesność w postaci niezbyt eleganckich bloków. Posiedzieliśmy na promenadzie, gdzie cudem znaleźliśmy ławkę, mimo, że była już 22. Południowe nacje uwielbiają spotykać się wieczorami.

Kolejnym punktem był widziany do tej pory tylko z daleka, najwyższy wieżowiec świata – Burj Dubai, stojący przy największym centrum handlowym świata – Dubai Mall oraz fontannie multimedialnej. Centrum handlowe, przez które trzeba było przejść, robiło wrażenie. Szczególnie ogromne akwarium (51m x 20m x 11m, 10 milionów litrów wody) z dużymi rekinami, płaszczkami (33 tysiące zwierząt, w tym 400 rekinów) itp., w którym można było nurkować z butlą, a nawet pływać łódką ze szklanym dnem. Oprócz akwarium, w części rozrywkowej znajdowało się także… lodowisko. Kolejna ciekawostka – ostatnie piętro zajmowały sklepy wyłącznie z odzieżą dziecięcą – i to nie Smyk, a m.in. Dior i Prada…

Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, zobaczyć z bliska 828-metrowy, najwyższy budynek świata, ciężko było objąć go wzrokiem, a tym bardziej aparatem. Był wysoki, ale traciło się punkt odniesienia. Dopiero porównanie niewielkiej „kostki” na samej górze, z której się składał, do wrocławskiego Skytowera (212 m) uświadamiało jego prawdziwą wysokość.

Kolejnego dnia, pojechaliśmy do Abu Dhabi. Zaczęliśmy od plaży, wzdłuż której biegła elegancka promenada Corniche – tak nazywają się wszystkie ulice biegnące wzdłuż morza w Emiratach. Plaża wyróżniała się infrastrukturą – ratownik, ochroniarz (zwracał uwagę grającym w piłkę, gdy piłka leciała w naszą stronę), toalety z prysznicami i dystrybutor chłodnej wody pitnej. To ważne przy ponad 30 stopniach.

Po odpoczynku na plaży, kilka minut zajęło nam dojechanie do najdrożej wybudowanego hotelu na świecie – Emirates Palace (2 miliardy dolarów), z daleka wyróżniającego się kopułą i szpicem, prawie jak meczet. Nie oglądałem, ale to tam był kręcony Seks w wielkim mieście – może to powie więcej. 🙂 Całe szczęście hotel jest otwarty dla turystów, dlatego zjeździliśmy wszystkie ścieżki, które się dało. Nasza Jetta nie odstawała tak strasznie od stojących przed różnymi wejściami do hotelu samochodów. 🙂 Po objechaniu hotelu zaparkowaliśmy na krytym parkingu, m.in. w towarzystwie Rolls-Royce’a. Obfotografowaliśmy hotel z zewnątrz (nawet podjazd na wolnym powietrzu był klimatyzowany!) i próbowaliśmy wejść do środka. Jest to możliwe, jednak… w długich spodniach, a nawet zakrytych butach. Niestety nie byliśmy na to przygotowani – wszystkie rzeczy zostały w Dubaju. Mi się nie udało, ale niektórym z nas tak, więc na zdjęciach uchwyciliśmy bogato zdobione wnętrza. Po powrocie, z ciekawości sprawdziłem ceny. Zaskoczenie. Około 1000 zł/pokój 2 osobowy/noc. Tyle, a nawet więcej można wydać np. w centrum Paryża i to w 3* hotelu.

Przedostatni dzień spędziliśmy w Dubaju. Zaczęliśmy od spaceru po kompleksie hotelowo-handlowym Madinat Jumeirah. Po zaparkowaniu w podziemnym parkingu wjechaliśmy do galerii handlowej, stylizowanej, z dużym powodzeniem, na stary, arabski targ (souq). Była klimatyzowana i w pełni zamknięta, ale tak umiejętnie doświetlono wnętrze naturalnym światłem, a do tego zadbano o wspaniały styl architektoniczny, że miało się wrażenie chodzenia po otwartej przestrzeni. Po wyjściu z galerii, przeszliśmy się wokół sztucznego jeziora, po którym pływały stylizowane na stare, łódki abra i znaleźliśmy świetne zdjęcie do uchwycenia hotelu-żagla Burj al Arab w tle. Później odwiedziliśmy sam hotel Madinat Jumeirah, w którego recepcji powitały nas świeże płatki róż unoszące się na wodzie. Do zachodu słońca odpoczywaliśmy na plaży, a wieczór ponownie spędziliśmy w Dubai Marina – wspaniałym, klimatycznym miejscu.

Ostatniego dnia nie zobaczyliśmy już niczego nowego. Jedyna przygoda związana była z paliwem. Mieliśmy oddać samochód z takim samym stanem baku. Coraz bliżej lotniska, a żadnej stacji nie widać. Na nawigacji też. Ale w końcu jest! Niestety, w budowie… a my jesteśmy już na lotnisku. Nawigacja zaprowadziła nas więc do najbliższej stacji – 18 kilometrów. Dojechaliśmy. Do lotniska, ze względu na układ zjazdów na autostradzie – 30 kilometrów. Więc mając mnóstwo czasu w zapasie, jak zawsze, byliśmy na ostatnią chwilę. Przy zwrocie samochodu pracownik wypożyczali marudził, że auto jest brudne – ktoś oblał nas kawą na parkingu w słodkiej zemście (aż lepiło się) za parkowanie na podjeździe (nie było innych miejsc) – ale nie zastosował wobec nas extra cleaning fee.
Wróciliśmy do Budapesztu, gdzie wszystko wydawało się takie małe i biedne, a następnie do Wrocławia. Była to jedna z ciekawszych i intensywniejszych podróży. Mimo, że nie jestem fanem miast, zdecydowanie polecam Dubaj – bogactwo ze smakiem i w najlepszym wydaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *