fbpx

Nowy Jork i okolice

👉 niesamowity Nowy Jork i Manhattan, który nigdy nie zasypia
👉 polityczne centrum, czyli… spokojny i przestronny Waszyngton
👉 Filadelfia – tam, gdzie rozpoczęła się historia USA
👉 luzackie Toronto i majestatyczna Niagara
Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

 

Wrzesień 2014 r.

Przygotowania do tej podróży, oprócz kupna biletu w bardzo przyjemnej cenie (stąd inspiracja!), zaczęły się nieco nieprzyjemnie – od wnioskowania o wizę amerykańską. Dlatego tym bardziej nieprzyjemnie, że w 2011 r. otrzymałem 10-letnią, turystyczną wizę, ale pół roku później, wracając z Brazylii zgubiłem paszport, zostawiając go w samolocie. Całe szczęście w tym, który właśnie wylądował w Mediolanie, więc mogłem normalnie wrócić do Polski. Zorientowałem się po 20 minutach, ale nie pozwolono mi wrócić do samolotu, który niby miał już odlatywać. Jak mi polecono, zgłosiłem to w punkcie lost&found, później dzwoniłem jeszcze na to lotnisko, na lotnisko w Madrycie, gdzie wrócił samolot i do linii lotniczej – bezskutecznie. Trudno. O ile wyrobienie zgubionego paszportu kosztuje 3x 70 zł (normalna opłata), a ostatecznie 70 zł, bo Pan przyjmujący zgłoszenie utraty sugeruje dopisek „prawdopodobnie skradziony”, znoszący 3-krotną zwyżkę na opłatę, to amerykańską wizę trzeba wyrabiać zupełnie od nowa. Włącznie z wizytą w Krakowie, ponownym skanowaniem odcisków palców, rozmową konsulem i co najgorsze wniesieniem opłaty – 500 zł.

W połowie sierpnia stawiłem się przed Konsulatem Generalnym USA w Krakowie i z karteczką wybranego koloru, otrzymywaną przez osoby czekające na tę konkretną godzinę, po oddaniu do depozytu u pobliskiego fotografa komórki i słuchawek (!), zgodnie z przepisami bezpieczeństwa Konsulatu, odstałem swoje na dworze (w środku nie ma miejsca, żeby czekać). Nadeszła kolei osób z mojej godziny. Kontrola bezpieczeństwa, skanowanie odcisków i oczekiwanie na rozmowę z konsulem. W pewnym momencie usłyszeliśmy dziwny komunikat – „Tych z państwa, którzy są już po rozmowie, prosimy jeszcze o chwilę cierpliwości i pozostanie w poczekalni. Mamy taką dziwną sytuacją i konsulat jest chwilowo zamknięty”. Później dowiedzieliśmy się, że ktoś podrzucił podejrzaną paczkę i musi zostać sprawdzona. W międzyczasie nadeszła kolej na moją rozmowę, która w przeciwieństwie do niektórych osób, wychodzących z różnymi minami, była ekspresowa:
– czy byłem już w Stanach, kiedy?
– czy mam stary paszport?
– na którym roku studiuję?
– czy moi towarzysze podróży mają już wizy?
– Popatrzmy jeszcze na paszport… Awesome. Indie…, Sri Lanka…, Malediwy – jak było?
– Świetnie, polecam.
Koniec.
Po ok. 20 minutach można było już wyjść, a pod Konsulatem stały 2 radiowozy i straż pożarna. 🙂

Kolejna przygoda rozpoczęła się już w drodze do USA, na trasie lotu: Warszawa – Amsterdam – Waszyngton – Nowy Jork. W Amsterdamie, ponieważ był to już lot do Stanów, kontrola bezpieczeństwa była przeprowadzana wg wymogów USA. Czyli rozmowa (skąd lecimy, gdzie ostatecznie, po co, na jak długo, gdzie będziemy mieszkać, kto i w jaki sposób płacił za bilet, czy wszystko w bagażu jest naszą własnością, nie wieziemy niczego dla nikogo, czy nikt przy nim nie manipulował), naklejka security checked na paszport, skanowanie bagażu podręcznego i nie bramka wykrywająca metale, ale kapsułowy skaner całego ciała. Mój bagaż podręczny został, nie wiem czy losowo czy nie, wybrany do szczegółowej kontroli. Poproszony zostałem o włączenie komórki, przejrzano mi plecak, dokładnie portfel, poproszono o włączenie laptopa… I tu zaczyna się problem. Jakiś czas temu bateria zakończyła swój żywot, więc ją wyciągnąłem. A zasilacz był w bagażu głównym, bo nie groziło mu ewentualne uszkodzenie, tak jak komputerowi, który wolałem mieć przy sobie. Urządzenie w takim stanie jest automatycznie podejrzane i do momentu sprawdzenia na styczność z materiałami wybuchowymi (co normalnie trwa chwilę, jeśli odpowiednie urządzenie jest blisko…) nie można z nim lecieć. Byliśmy ostatnimi pasażerami i za kilka minut drzwi do samolotu miały zostać zamknięte.

Od pracowników usłyszałem kilka wersji kolejnych wydarzeń:
1. dostanę bilety na jutro albo polecę teraz bez komputera, który po sprawdzeniu zostanie wysłany do USA lub Polski, co potrwa ok. tygodnia,
2. dostanę bilety na jutro albo polecę teraz i zostawię komputer na lotnisku, z którym nie wiadomo co się stanie (???)
3. dostanę bilety na jutro (tylko ja lub kolega też), bo nawet gdybym chciał, nie mogę zostawić laptopa i polecieć, ale linia nie zapewnia hotelu
Prawdziwa okazała się 3., w której nie miałem żadnego wyboru, oprócz tego czy zostanę sam czy z kolegą. Miła pani, z którą czekałem na wynik badania laptopa, z ubolewaniem wyjaśniająca, że takie są procedury, pocieszała, że dziś taki słoneczny dzień… 🙂 W Amsterdamie zostałem sam, nie chcąc ze swojej winy wepchnąć także kolegi na minę drogich noclegów. Co śmieszne – wiedziałem, że takie są procedury – i pisząc tę relację odgrzebałem link do artykułu na ten temat w facebookowej rozmowie z 7 lipca, ale tak głęboko o tym zapomniałem, że nie mam do siebie pretensji. 😉 Wyładowano mój bagaż, odebrałem go, włączyłem laptopa i zorganizowałem sobie nocleg, w przyzwoitej jak na Holandię cenie 38 euro. W botelu…, czyli hotelu na przycumowanym na stałe statku, na rzece Ij, 15 minut bezpłatnym promem od centrum. Wsiadłem do pociągu z lotniska do centrum, wyszedłem z dworca w stronę rzeki i wraz z dziesiątkami rowerzystów wsiadłem na prom. Ciekawe, w ciągu 12h jechałem najpierw samochodem, potem autobusem, leciałem samolotem, jechałem pociągiem i płynąłem promem.

Mój pokój był niewielki i sympatyczny, aż z 3 łóżkami… więc nocleg dla 2 osób kosztowałby pewnie tyle samo co dla jednej lub kilka euro więcej. Szkoda więc, że kolega nie został, bo nie widział jeszcze Amsterdamu. Choć ja byłem tu na jeden dzień w 2009 roku, to po 2 godzinach drzemki, w ten słoneczny dzień, bardzo przyjemnie i ciekawie spędziłem czas. Amsterdam to nie tylko marihuana, psychotropy i rozpaczliwy hedonizm, odbijający się światłem czerwonych latarni w witrażach stojącego w centrum dzielnicy kościoła (tak!), ale też bardzo eleganckie, wypełnione do ostatniego stolika restauracje, wspaniale zachowane, niezniszczone wojną, wąskie i pochylone klimatyczne kamienice spoglądające (z łatwością, bo w oknach nie ma firanek) na liczne kanały, którymi przepływają turyści raczący się przekąskami i drinkami z pokładowego barku, wyłożonego kostkami lodu na środku łodzi. Brakuje mi takiego wyrafinowanego sposobu spędzania czasu w Polsce. Dla mnie – Amsterdam z łatwością wygrywa z Paryżem, który jako najpopularniejsze turystycznie miasto Europy, uważam za przereklamowane.

Kolejnego dnia kontynuowanie podróży przez Waszyngton do Nowego Jorku przebiegło bez przygód.

Po obfitym śniadaniu w domku położonym na obrzeżach aglomeracji, wśród bujnej roślinności i lasów, niedaleko Wzgórza Waszyngtona, wsiedliśmy w pociąg i po godzinie wysiedliśmy na New York Penn Station. Po wyjściu naszym oczom okazały się wysokie wieżowce i siatka ulic, ułożonych w kształt szachownicy. Nawigacja jest stosunkowo prosta – ulice o przebiegu południkowym mają numery parzyste – 1st, 2nd, 3rd… Street, a ulice o przebiegu równoleżnikowym mają numery nieparzyste – tych jest znacznie więcej. Po kilku minutach z powrotem zjechaliśmy pod ziemię na stację metra, wypełnioną ludźmi i jeszcze gorętszym niż na zewnątrz powietrzem –momentami odczuwalna temperatura wynosiła ok. 35 stopni. Całe szczęście same wagony są klimatyzowane i to mocno, co wynagradza temperaturę na dworze i na stacji. Nowojorskie metro, biegnące nie tylko pod drapaczami chmur, ale i pokonujące rzekę w wielu miejscach, jest jednym z najstarszych na świecie – niektóre, do dziś funkcjonujące stacje liczą sobie 80 lat. To widać – jest mocno wysłużone, ale co najważniejsze – skuteczne.

Wysiedliśmy na Brooklynie, gdzie wynajęliśmy skromne, ale co istotne, samodzielne mieszkanie, w stosunkowo atrakcyjnej (jak na bardzo drogi Nowy Jork) cenie. Podobnie jak w Izraelu miesiąc wcześniej, nawet nie zobaczyliśmy właściciela. Klucze czekały na nas w zaszyfrowanym schowku przypiętym do poręczy i w taki też sposób je zwróciliśmy. Po krótkim odpoczynku wróciliśmy do centrum. Wysiedliśmy przed Mostem Brooklyńskim, którym pieszo wkroczyliśmy do oblewanego przez wody rzeki Hudson szybko bijącego serca Nowego Jorku.

Minęliśmy ratusz (City Hall), a następnie Strefę Zero (11.09 Memorial), czyli obecnie 2 duże fontanny w kształcie podwójnej, kwadratowej dziury, do której spływa woda, otoczone barierkami z wytłoczonymi nazwiskami ofiar ataku, gdzieniegdzie ozdobionymi kwiatem róży bądź amerykańską flagą. Obok stoi niedawno wybudowany budynek World Trade Center One, który ponownie, po zniszczonych w zamachu wieżach Twin Towers, odebrał Empire State Building tytuł (chwilowo) najwyższego w mieście.

Kolejnym punktem była nowojorska giełda (New York Stock Exchange, niestety niedostępna dla zwiedzających) na Wall Street i symbolizujący hossę byk, przy którym wszyscy chcą mieć zdjęcie, przez co trzeba być bardzo cierpliwym i dynamicznym, by zrobić mu zdjęcie bez wciśniętej obok radosnej fizjognomi turysty: „Tu byłem!”.

Kilka chwil później znaleźliśmy się w małym parku nad brzegiem rzeki, skąd najlepiej widać Statuę Wolności. Słońce powoli zachodziło, sygnalizując m.in. czas na kolację. Spróbowaliśmy legendarnego, nowojorskiego gyrosa od The Halal Guys, o których przeczytać można nawet w Wikipedii. Stanęliśmy w tradycyjnej, kilkunastometrowej kolejce, obserwując ekstremalnie wydajną organizację sprzedaży. Stojący na początku kolejki kasjer, w zależności od konkretnej osoby sprawującej tę funkcję, ale w najostrzejszym wydaniu, krzyczy: NEXT, NEXT, NEXT!, zachęcając do złożenia zamówienia, krzykiem przekazuje je dalej, trzem spoconym, mechanicznie pracującym osobom (robotom?): TWO CHICKEN!, błyskawicznie wydaje resztę, podaje reklamówkę na napoje (wcale nie prosiliśmy): SODA IN THE BAG! SODA IN THE BAG!, co ma jednak sens, bo może zabraknąć na nie ręki, gdy od kolejnego pracownika po 2 sekundach dostaniemy po aluminiowym, głębokim talerzu do jednej ręki, a do drugiej wlepi nam serwetki, jakby przybijał piątkę. Choć nie lubię kolokwializmów, ten oddaje dosłownie klimat sytuacji – brakuje jeszcze kopa w dupę. 🙂 Trzeba być zdyscyplinowanym klientem i dobrze przemyśleć wszystko przed – tu mam pieniądze, tu portfel, tu napoje, ja wezmę to, a Ty to…

Tego wieczora zobaczyliśmy z zewnątrz także Rockefeller Center (przed którym mama odnalazła Kevina :)), siedzibę ONZ i historyczny Empire State Building. Jednak zdecydowanie największe wrażenie wywarł na mnie dworzec – Grand Central. Elegancki, wyłożony jasnym kamieniem i delikatnie, nastrojowo podświetlony główny hall jest zachwycający. Po napatrzeniu się na migające neony Times Square, wróciliśmy Mostem Brooklyńskim do naszego mieszkania.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy od Chinatown, gdzie akurat obchodzono 35. rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi. Z tej okazji odbywały się występy artystyczne (posłużę się eufemizmem – oryginalne), rozdawano dzieciom watę cukrową i balony. Wstąpiliśmy do jednego z barów, wypełnionych samymi Chińczykami. Ten konkretnie specjalizował się w makaronach. Z bogatego menu, zawierającego m.in. makaron z byczymi jądrami, wybrałem ten z owocami morza. Na zakończenie wizyty w Chinatown odwiedziliśmy buddyjską świątynię.

Tuż obok znajdowała się dzielnica Little Italy, skupiająca się głównie wzdłuż jednej ulicy. Dla nas nic szczególnie ciekawego – to po prostu europejskie restauracje, poza… sklepem z ozdobami świątecznymi czynnym cały rok. W środku choinka, Mikołaj, lecą kolędy. Wspaniała świątynia konsumpcji.

Podjechaliśmy metrem na znaną z luksusowych, a w praktyce także popularnych sklepów średniej półki, aleję – Fifth Avenue. Odwiedziliśmy koczujących przed Apple Store kilkudziesięciu fanów, oczekujących na premierę iPhone’a 6 – dopiero 19 września. Zdziwiło mnie, że niektórzy z nich mieli smartfony LG czy Samsunga. Czyżby byli opłaceni? 😉

Po wyczerpujących wędrówkach ulicami miasta odpoczęliśmy chwilę w Central Parku. To niesamowite miejsce, gdzie mimo docierającego z ulic hałasu, można nieco odpocząć i nie zwariować. Posiedzieć, poleżeć, pograć na soczystej trawie, pojeździć na rowerze lub rolkach, pooglądać występy ulicznych zespołów. Jest gdzie. Dobrze, że nie zamieniono aż 341-hektarowej powierzchni Central Parku, wartej miliardy bądź biliony, na kolejne wieżowce.

Kolejnym punktem była biblioteka miejska z ciekawą wystawą dotyczącą historii propagandy, a następnie Metropolitan Museum of Art, do którego wstęp kosztuje tyle, ile może i chce się zapłacić. Wysokość darowizny jest jedynie sugerowana. Hm, dziwna, niekonkretna sytuacja. Dla studentów sugeruje się 12 dolarów. Sprawdźmy – jako przybysze z biednego kraju daliśmy tylko 5, a sympatyczna Pani zapytała jeszcze, czy wydać nam resztę. Muzeum jest imponujące. Jego szczegółowe zwiedzanie wymaga chyba kilku dni. Na ogromnej powierzchni zgromadziło eksponaty wszelkiego rodzaju z całego świata – rzeźby, obrazy, mumie, przedmioty osobiste, meble… Dla mnie najbardziej interesujące były te bardziej egzotyczne, czyli afrykańskie rzeźby i maski, posągi Buddy, arabskie wzory, a także znane do tej pory tylko z ekranu, obrazy najbardziej uznanych malarzy – Picassa, Renoira, Cezanne’a, van Gogha, Rembrandta…

Żegnając się, ostatniego w Nowym Jorku, wieczorem, w przeddzień 13. rocznicy zamachu na World Trade Center, gdy trwały przygotowania do uroczystości, nad miastem zabłysnęły 2 świetlne wieże, upamiętniające nieistniejące Twin Towers.

 

Do Waszyngtonu dostaliśmy się MegaBusem, bliskim odpowiednikiem PolskiegoBusa, za 3 dolary. Autobus zatrzymał się na głównym dworcu Central Union. Podobnie jak w Nowym Jorku, był bardzo elegancki. Po zostawieniu walizek w hotelu pojechaliśmy metrem z powrotem do centrum. Metro było zdecydowanie przyjaźniejsze niż w Nowym Jorku. Niezatłoczone, wyłożone wykładziną, z wygodnymi siedzeniami. Samo miasto też jest przyjemniejsze. Choć to stolica, ulice są szerokie, puste, jest cicho, czysto… Dzielnice mieszkalne z domkami szeregowymi są położone kilkanaście minut pieszo od najważniejszych budynków rządowych. Spodobało mi się.

Centrum biegnie od reprezentacyjnego Kapitolu, gdzie zbiera się Kongres, poprzez Washington Monument – najwyższą budowlę w mieście, aż do rzeki, nad którą leżą miejsca upamiętniające II wojnę światową, wojnę w Wietnamie i prezydenta Lincolna. Po drugiej stronie rzeki znajduje się cmentarz wojskowy, krajowe lotnisko, z którego co chwilę coś startuje i… Pentagon. Te wszystkie leżące w jednej linii i dobrze widoczne obiekty wydają się blisko siebie, ale wcale tak nie jest. W połowie drogi między nimi, lekko odsunięty, leży Biały Dom. Od zewnętrznej, bardziej miejskiej strony wyglądał jak jeden z wielu… pałaców na Dolnym Śląsku. Z drugiej strony już znacznie dostojniej.

Spośród wielu leżących w okolicy muzeów, udało nam się zwiedzić tylko Air and Space Museum, poświęcone wszystkim rodzajom lotnictwa, włącznie z kosmicznym. Znajdował się tam m.in. model pierwszego samolotu braci Wright i wiele innych, bardzo ciekawych eksponatów. Zwiedzanie najlepiej zacząć od wystawy poświęconej samej fizycznej stronie latania – How do things fly? – w widoczny sposób przygotowanej dla dzieci, a jednak samego mnie często skłaniającej do głębszych przemyśleń. Spośród zaprezentowania lotnictwa od strony fizycznej, technicznej oraz konkretnych typów lotnictwa (wojskowe, kosmiczne), mnie najbardziej zainteresowało lotnictwo komercyjne i jego ewolucja. Kilka ciekawostek. We wczesnych fazach rozwoju lotnictwa cywilnego, lot samolotem, jako bardzo drogi i wyjątkowy, skłaniał ludzi do odświętnego ubioru. Mimo bardzo wysokiej ceny oraz reklamowania tego typu transportu jako szybkiego i luksusowego, nie do końca taki był. Kabina samolotu nie była kompresowana, przez co samolot musiał lecieć nisko, wolno, a oprócz tego było w nim zimno, głośno i trzęsło tak, że wiele osób reagowało jak podczas rejsu, ale statkiem. Wobec stewardess stawiano bardzo restrykcyjne wymagania, oto niektóre z nich: biała kobieta, panna, w wieku 20-25 lat, wzrostu 158-168 cm, wagi 48-57 kg, z właściwymi proporcjami. Ciekawe ile procent współczesnego personelu pokładowego nie mogłoby pracować w tamtych czasach.

Czekając na powrotny, nocny autobus do Nowego Jorku, zacząłem czytać najnowszą książkę Wojciecha Cejrowskiego – „Wyspa na prerii”. Już po kilku stronach, czytając ją na ławce, wśród zieleni, z widokiem na Kapitol i Washington Monument, skłoniła mnie do wielu refleksji, nie tylko na temat podróżowania. Tak jak poprzednie książki – gorąco polecam.

Z Waszyngtonu wyruszyliśmy MegaBusem w stronę Buffalo. Po nocnej podróży, a następnie po amerykańskim śniadaniu w lokalnym, klimatycznym barze, pojechaliśmy od razu nad Niagarę. Rozpryskujące się każdej sekundy 2,5 miliona litrów wody, spadające z 50 metrów, a następnie w postaci kropelek wody wzbijające się wysoko nad wodospad w postaci chmury, widać aż z kilkunastu kilometrów. Choć oba wodospady, składające się na Niagarę leżą po stronie amerykańskiej, znacznie lepiej widać je z Kanady. Dlatego przekroczyliśmy rzekę i tym samym granicę. Podziwialiśmy – widok, dźwięk, zapach i dotyk zroszonego powietrza. Takie miejsca się nie nudzą. Można na nie patrzeć godzinami, praktykując szeroko pojęte, jak to nazywa W. Cejrowski, nicnierobienie.

Inne, ale co najmniej nie gorsze wrażenia można odnieść zwiedzając turystyczne miasto, które powstało dzięki bardzo bliskiemu sąsiedztwu wodospadu. Karuzela, automaty do gier, domy strachów, muzeum figur woskowych, fastfoody i chińskie restauracje… Mówi się, że Amerykanie są przedsiębiorczy. Nie do końca. Przykładowo Kanion Kolorado nie wykorzystał swojego potencjału w ten sposób. Tam prawie nic nie ma, oprócz widoku, ale nie każdy ma ochotę, spójrzmy prawdzie w oczy, cały dzień patrzeć w dziurę w ziemi. Brakuje restauracji, pubów, rozrywek dla dzieci, o motelach w pobliżu nie wspominając… To oczywiście żart, choć bardziej chce się płakać niż śmiać. Miasto przy Niagarze jest głośne i obrzydliwie kiczowate, a ja uwielbiam naturę i śmieję się z turystów powyższego typu. 😉

Całe szczęście, po zderzeniu z kiczem, znajomy Amerykanin (dziękujemy Michael!) zabrał nas w piękne miejsce, gdzie prawie nikogo nie było, a o turystach, mających marne szanse, by się o nim w ogóle dowiedzieć, nie wspominając. Z leśnej ścieżki zeszliśmy ok. 50 m w dół, do samej rzeki, na odcinku kilka kilometrów po wodospadzie. Miała niesamowity turkusowy kolor i zwężając się coraz bardziej wartko płynęła, tworząc liczne wiry i burzliwie pieniąc się w okolicy wystających kamieni. Na prawo i lewo widać było jedynie lasy oraz strome, pionowe ściany ograniczające koryto – jak w kanionie.

Kolejnym ciekawym miejscem w okolicach Buffalo, gdzie mieliśmy okazję trafić jedynie dzięki Michaelowi, był kilkumetrowy wodospad (Eternal Flames, Orchard Park), zbudowany z kilkuset małych, wystających, czarnych skalnych stopni. Bardzo ładny. Ale co jest ewenementem chyba na skalę światową – w kilkunastocentymetrowej, wyżłobionej wnęce (mini-jaskini?), tuż za spadającą wodą… migotały 2 płomienie, zasilane naturalnym gazem z wnętrza skał…

Jednym z ostatnich punktów naszej podróży było Toronto – jak się okazało spokojne miasto, nie wyróżniające się niczym szczególnym.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy była Filadelfia – miasto o historycznym dla Stanów Zjednoczonych znaczeniu, gdzie w 1776 r. uchwalono Deklarację Niepodległości. Odwiedziliśmy wszystkie związane z ówczesnymi wydarzeniami budynki, Dzwon Wolności (Liberty Bell), zatrzymaną w czasie Elfreth’s Alley i dom kobiety, która ponoć jako pierwsza uszyła amerykańską flagę, jeszcze z 13 pasami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *