fbpx

Panama, Nikaragua i Kostaryka

Nikaragua
👉 perła architektury kolonialnej Grenada położona między soczyście zielonym wygasłym wulkaneogm i jeziorem
👉 rejs po Las Isletas, wyspach zamieszkanych przez bogatych, biednych i małpy, z widokami za milion dolarów
👉 czynny, dymiący wulkan Masaya z bulgoczącym i świecącym nocą kotłem lawowym oraz orzeźwiająca Laguna de Apoyo
👉 wulkaniczna, odludna Isla Ometepe na największym jeziorze w Nikaragui
👉 wspaniałe, dzikie i puste nikaraguańskie Wybrzeże Pacyfiku, gdzie homara zjesz za grosze

Kostaryka
👉 zachwycający, dostępny jedynie łodzią Park Narodowy Tortuguero nad Morzem Karaibskim – jedno z najwilgotniejszych miejsc w kraju. Na plażach wykluwają się tysiące żółwi, a w rzecznych kanałach czają się kajmany, iguany i inne gady.
👉 spacer wiszącymi mostami przez las deszczowy przy wulkanie Arenal, a później kąpiel w termalnym potoku
👉 zjazd na tyrolkach przez mglisty las w Monteverde
👉 rajska plaża (i egzotyka dla wygodnych) w Parku Narodowym Manuel Antonio

Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

Wstęp

Panama, Nikaragua i Kostaryka. Trafił mi się bardzo okazyjny bilet lotniczy, do tego łączący aż 3 kraje Ameryki Środkowej. Ten region świata mam już dość dobrze rozpoznany, ale tam jeszcze nie byłem. Więc czemu nie? Z tym, że Panama nie była naszym celem samym w sobie, konieczność zatrzymania się w niej na noc wynikła z rozkładu lotów, była to po prostu długa przesiadka. I świetnie, bardzo polecam taki rodzaj zwiedzania, szczególnie miejsc, co do których nie mamy jakichś szczególnych planów, ale przy okazji, za cenę dojazdu do centrum i ewentualnie noclegu, oczywiście warto je zwiedzić.

I z tą „niewinną przesiadką” wiąże się historia, która mogła nam bardzo pokrzyżować plany. Od osób podróżujących z Europy, nigdy nie wymaga się żadnych szczepień. No właśnie, ale my przekroczymy granicę z Panamą i przez Nikaraguę, nasz kolejny cel podróży, będziemy traktowani jako przyjeżdżający z Panamy. Nikaragua wymaga szczepień na żółtą febrę od przyjezdnych z krajów, które są zagrożone tą chorobą. A Panama jest na takiej liście WHO. Mimo, że w stolicy nie ma zagrożenia w ogóle, jedynie na wschodzie kraju i to niskie – na liście jest. Teoretycznie, gdybyśmy nie opuszczali lotniska i spędzili tam maksymalnie 12 godzin, nie byłoby wymagane od nas szczepienie. Ale nawet gdybyśmy nie opuszczali lotniska (czego bardzo byśmy żałowali), to i tak nasza przesiadka liczyła 14 godzin. Więc przez tę przesiadkę, musieliśmy posiadać międzynarodowe żółte książeczki, potwierdzające takie szczepienie, żeby zostać wpuszczonymi do Nikaragui.

Dowiedzieliśmy się o tym i to z odpowiednim wyprzedzeniem. Wszyscy, oprócz mnie, zaszczepili się dawno i posiadali żółte książeczki. Ja, choć receptę miałem od dawna, jakoś zwlekałem z zakupem szczepionki, a potem umówieniem się na szczepienie. Ostatecznie chciałem zaszczepić się 8 listopada, dokładnie 10 dni przed wjazdem do Nikaragui, a dokładnie po tylu dniach zyskuje się odporność (choć tej nie potrzebowałem na tę podróż, liczył się papier). Więc wszystko „w sam raz”. Lekarz wydał mi  zlecenie szczepienia do zabiegowego, a tam dowiedziałem się, że takie szczepienie robią tylko wybrane punkty, po kwalifikacji przez lekarza medycyny podróży.

Był to piątkowy wieczór, a kolejny poniedziałek był dniem wolnym (11 listopada). Zadzwoniłem gdzie się dało i umówiłem się na 12 listopada do właściwego lekarza. Pomyślałem – no trudno, ale książeczkę przecież będę miał. Poczytałem w internecie. I się mocno zmartwiłem. Wiele osób żaliło się, że nie było świadomych wymogu posiadania żółtej książeczki nawet po krótkim pobycie w Panamie i było cofanych, już w Panamie przed wylotem do Nikaragui albo na granicy w Nikaragui. Albo posiadali książeczki, ale nie minęło jeszcze 10 dni od szczepienia i także byli cofani. Wynikało z tego, że mimo niezmiennego w tym zakresie prawa, przez ostatni rok wymóg ten zaczął być skrupulatnie sprawdzany. Tragedia. Ale trochę się uspokoiłem – pomyślałem o 3 rozwiązaniach.

Ubłagam o wpisanie wcześniejszej daty szczepienia. W końcu byłem gotów na nie 8 listopada. Nawet dostałem skierowanie. Tyle, że w zasadzie nieważne przez brak odpowiedniej specjalizacji lekarza. W końcu książeczka to papier, który pokazuję na granicy, nie ma wersji elektronicznej, chipa, w zasadzie jest nie do sprawdzenia i nikt nie wie, w Polsce ani za granicą, co tam jest wpisane oprócz mnie, który ją posiada. Tak jak książeczka zdrowia kota od weterynarza. Albo poproszę o wydanie mi oficjalnego żółtego druczku o przeciwwskazaniu do szczepienia (można np. z powodu alergii na jajko, immunoterapii itp. ) – to już mniej „ryzykowne” i też zadziała na granicy. Albo… na wszelki wypadek zamówiłem żółtą książeczkę z drukarni i gdyby te 2 rozwiązania się nie udały, to… nie ważne. 😊 Całe szczęście udało się rozwiązanie nr 2, zaświadczenie o przeciwwskazaniu do szczepienia. Uf!

Wyjazd uratowany! Przynajmniej z mojej strony. Bo… jeden z nas zorientował się, że jego paszport jest ważny, ale jeszcze tylko 2 miesiące. Wydawałoby się – ważny, to ważny. Niestety. Paszport ważny jest 10 lat, więc okres dobiegania końca jego ważności jest małym wycinkiem z tych 10 lat i o tym się nie myśli tak często, jak np. o przedłużeniu OC na samochód. A przecież czytając podstawowe informacje o jakimkolwiek kraju wymagającym od nas paszportu, prawie zawsze przebłyskuje tekst: „Paszport musi być ważny minimum 6 miesięcy od dnia przekroczenia granicy.”. Co oznacza, że paszport musi być ważny przynajmniej jeszcze 6 miesięcy, a nie być wydany co najmniej 6 miesięcy temu – a z taką nietypową interpretacją kilku osób już się spotkałem. 😊

Informację o tych  6 miesiącach znajdziemy choćby na stronach MSZ, które zawsze straszy, że wszędzie jest bardzo niebezpiecznie i np. do Nikaragui „odradza podróże, które nie są konieczne”. Kolejny stopień ostrzeżenia to już maksymalny, czwarty, tzn. MSZ odradza wszelkie podróże, jak np. do Syrii. Z kolei w Kostaryce „zagrożenie dla turystów jest największe spośród całego regionu Ameryki Środkowej”. I tak było tym razem co do ważności paszportu, Nikaragua i Kostaryka wymagają 6 miesięcy, a Panama 3 miesięcy. 3 granice do przekroczenia plus lotniska, gdzie samo przeciągnięcie paszportu przez czytnik czy odprawie może zasygnalizować niespełnienie wymogów wjazdowych, mimo braku wiz do tych krajów. Tu problemy byłyby raczej pewne, kwestia tylko – kiedy, jak daleko od startu wycieczki. A do wylotu zostały 4 dni robocze. Znowu wolny poniedziałek 11 listopada coś utrudnił.

Nowy paszport potrzebny był na piątek. Poruszyliśmy więc Wydział Paszportowy i udało się przyspieszyć wydanie nowego, zwykłego paszportu. Ale i tak niewystarczająco. Ostatecznie trzeba było wyrobić paszport tymczasowy – cienki, ważny niecały rok i bez chipa, w jedną dobę. Nie jest on wyrabiany na zasadzie „spieszy mi się i mi zależy”, potrzebny jest istotny powód i jego potwierdzenie, więc i taki się znalazł – wyjazd do pracy w roli pilota mojego biura. Był do odbioru w piątek. A zwykły paszport w poniedziałek. Ale wtedy byliśmy już w podróży. Szczęśliwie paszport tymczasowy zadziałał na wszystkich granicach, bo jeszcze było takie ryzyko, że któryś z krajów go nie zaakceptuje. Nie akceptowały go tylko bramki do samodzielnej kontroli granicznej i czytniki podczas odpraw, ale żywa obsługa już tak. 😊

Dzień 1, 17 listopada 2019 r. – Berlin, Paryż, Panama City

Po godzinie 6 wylecieliśmy z Berlina Tegel do Paryża. Z tego lotniska latam dość często, ale z kontenerowego terminala tanich linii – C. Zdziwił mnie terminal tradycyjnych linii – A, z którego odbywał się ten lot Air France do Paryża CDG. Daje on pojęcie o tym, jak wyglądało latanie jakieś 50 lat temu. Ma kształt okręgu, w środku którego, dookoła biegnie jezdnia tak, że można podjechać samochodem pod konkretne stanowisko odprawy (check-in). Po wyjściu, do przejścia jest kilkanaście kroków i już możemy odprawić się oraz nadać bagaż. Następnie kontrola bezpieczeństwa, która jest tuż obok, konkretnie dla tego lotu i za kolejne 30 metrów jesteśmy już przy gejcie. Z jedną toaletą. Więc od drzwi samochodu do gejtu mamy do pokonania chyba mniej niż 100 metrów. Super sprawa, w porównaniu z lotniskami, gdzie czasem trzeba stać w kolejkach do kontroli bezpieczeństwa, a później przejść 20-30 minut, żeby dostać się do swojego samolotu. Podobnie po lądowaniu – po wyjściu z samolotu mamy od razu małą taśmę z bagażami zaplanowaną na rozładunek niewielkiego samolotu (a nie samolotów dalekiego zasięgu z ponad 300 pasażerami na pokładzie), jedną toaletę i wyjście na ulicę. Ciasno, ale ekspresowo.

Następnie wymarzliśmy się na paryskim lotnisku CDG, które najwidoczniej oszczędza na ogrzewaniu i jest tam chyba z 15 stopni. Kolejnym lotem był lot Dreamlinerem Air France do Panama City, gdzie po 11 godzinach lotu wylądowaliśmy o godzinie 19.

Czytałem o tym, jak dostać się do centrum i znalazłem informację, że standardowa cena taksówki za te 20 kilometrów to 30 USD. Sprawdziłem, czy jest tam Uber i był! Po przylocie złapałem lotniskowe WiFi i zamówiłem go, za 13 USD. 😊 Odświeżyliśmy się w hotelu i pojechaliśmy, także Uberem, do Starego Miasta w Panamie (Casco Viejo), położonego na morskim cypelku otoczonym drogą. No cóż, tak jak wielokrotnie żartowaliśmy podczas tej podróży – nas już mało na świecie zdziwi. Typowe kolonialne miasto w Ameryce Środkowej czy Południowej. 😊 Oczywiście bardzo ładne, zadbane (to akurat nie jest oczywiste) i miło było spędzić wieczór przechadzając się po jego uliczkach.

Dzień 2, 18 listopada 2019 r. – Grenada (Nikaragua)

Z powrotem na lotnisko w Panamie dotarliśmy Uberem. Za 15 USD, a do tego nowiutkim SUV-em, Fordem Edge, czyli kilka klas wyższym samochodem niż typowe taksówki za 30 USD. Już po raz trzeci, kierowca nie miał uchwytu na telefon, tylko trzymał go w ręce w okolicach nogi. Czyżby kary za używanie telefonu podczas jazdy, co jest widoczne, gdy jest zamontowany w uchwycie, były surowe? A może używanie uchwytów zakazane?

Na lotnisku w Panamie nikt nie pytał o żółte książeczki. Hmm, czyli linia naraża się na problem związany z koniecznością zabrania z powrotem niewpuszczonego do Nikaragui pasażera. W trakcie lotu Copa Airlines z Panama City do Managui (stolica Nikaragui) rozdali nam formularze do wypełnienia. Standardowe pytania – celne, np. o większe środki pieniężne do zgłoszenia i epidemiologiczne, np. przewożone produkty zwierzęce, roślinne, praca z żywymi zwierzętami. Było też pytanie o kraje odwiedzone w ciągu ostatnich 30 dni oraz kraje tranzytowe. No i musiałem wpisać „Panama”, ale wpisałem jako kraj tranzytowy. Tuż po wyjściu z samolotu stało kilka osób z obsługi, które prosiły o nasze formularze wjazdowe. Pani zrobiła długopisem kółko wokół „Panamy”. Stał też lekarz w białym fartuchu. Następnie kontrola paszportowa. Tam zaglądali do naszych formularzy, ale ich nie wzięli. Pytali jedynie o paszport tymczasowy – co to jest. Pieczątki wjazdowe. Następnie skanowanie bagaży przy wyjściu, przy czym oddawało się formularz wjazdowy. I wychodzimy do strefy ogólnodostępnej. Nikt nie pytał o książeczki! Ale nie mając ich, chyba byśmy nie wytrzymali nerwowo.

Odebraliśmy samochód – Toyotę Corollę z 7 tysiącami przebiegu. Lubię ją. Na ulicach Managui ruch był dość duży, a nastolatkowie na skrzyżowaniach brudzący naszą czyściutką szybę swoimi myjkami dość nachalni. Gdzieniegdzie choinki i ozdoby świąteczne, przy słońcu świecącym pionowo z góry, bezchmurnym niebie i 30 stopniach. Opuściliśmy stolicę. Zrobiło się dużo luźniej i spokojniej. Przestrzeń i soczysta zieleń. Pięknie.

Dojechaliśmy do Grenady. Pięknego, kolonialnego miasta w stylu Hawany, a nawet bardziej Antigua Guatemala, bo podobnie jak dawna stolica Gwatemali, położonego pośród wulkanów. A do tego jeszcze nad największym w Nikaragui jeziorem (wulkanicznym) – Lago de Nicaragua, ewentualnie de Cocibolca lub de Granada.

Krótki odpoczynek w klimatycznym hotelu prowadzonym przez Irlandczyka i wyruszyliśmy. Najpierw na obiad, czyli pysznego burgera z plackami bananowymi zamiast bułki. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że banany będą towarzyszyć nam do końca pobytu, także w Kostaryce. Jako małe placki bananowe czy smażone w całości – dodatek na śniadanie, obiad i kolację. A później pieszo przemierzyliśmy całe stare miasto. Urocze.

Pod wieczór wybraliśmy się nad jezioro, nieco ponad kilometr od centrum. Nic specjalnego, ale tam zaczepili nas lokalni przewodnicy. Nie lubię decydować się na wycieczki nie mając jeszcze cenowego punktu odniesienia, ale zapisałem sobie numer do jednego z nich. Przydał się.

Dzień 3, 19 listopada 2019 r.Las Isletas (Grenada), Mirador de Diria i Catarina, Laguna de Apoyo, targ w Masaya, Wulkan Masaya

To był piękny i intensywny dzień. Rozpoczęliśmy go od 2-godzinnego rejsu po wysepkach Las Isletas położonych na Jeziorze Nikaragua, bardzo blisko Granady. Do wyboru jest kilka opcji, także godzinny, 3-godzinny i 5-godzinny, ale 2-godzinny uważam za idealny wybór, wystarczającą dawkę świetnych przeżyć i kompromis między innymi atrakcjami tego dnia. Rano tego samego dnia umówiłem się na rejs przez WhatsApp z poznanym dzień wcześniej przewodnikiem – Luisem. Wynegocjowałem cenę 35 USD za naszą czwórkę. I na kilkunastoosobowej łódce byliśmy tylko my, kapitan i przewodnik Luis. W tym miejscu podaję jego numer: +505 8603 9271. i bardzo polecam. Nie jest nachalnym cwaniaczkiem (choć tutaj mało kto taki jest), jest sympatyczny i spokojny. Nie wiem jak z jego angielskim, bo korzystałem z nieczęstej okazji porozmawiania po hiszpańsku, ale na potrzeby wycieczki w przyrodę, gdzie nie omawia się nie wiadomo jak zawiłych zagadnień, pewnie wystarczy. Wysłał nam lokalizację, tam podjechaliśmy i wsiedliśmy na łódkę. Po drodze przekracza się bramę „parku narodowego” i chyba coś się tam płaci (poprzedniego dnia przewodnicy zachwalali swoje wycieczki, że jeśli oni nas tam wezmą, to nie płacimy za wstęp), ale powiedziałem, że mamy już zarezerwowaną wycieczkę (excursión de lancha) i nic nie zapłaciliśmy. Wycieczka przewyższyła nasze oczekiwania, była naprawdę wspaniała i mimo, że przewodniki nie wskazują jej jako absolutne „must see”, szkoda byłoby ją pominąć.

Następnie pojechaliśmy do punktu widokowego Mirador de Diria, z którego roztaczają się widoki na wulkaniczną Lagunę de Apoyo. Przy okazji zjedliśmy w jedynej tam restauracji, było w porządku. Kolejnym, dużo tłumniej odwiedzanym i bardziej „nadbudowanym” turystycznie punktem widokowym, z obowiązkowymi sklepami z pamiątkami, był Mirador de Catarina.

Później zjechaliśmy nad samą lagunę chwilę poleżeć i popływać. Za sprawą hoteli położonych tuż przy brzegu nie ma wielu miejsc, w których można swobodnie się do niej dostać, ale udało nam się takie znaleźć. Link do Map Google Przeszkadzała trochę głośna muzyka z pobliskich restauracji, ale powiedzmy, że to taki lokalny koloryt. Wielu mieszkańców kąpało się właśnie tutaj. Woda była bardzo ciepła. Może nie tak krystaliczna, jak to wydawało się z góry, ale czysta. Dookoła wulkany, tropikalna roślinność… bardzo przyjemne doświadczenie.

W drodze na Wulkan Masaya o zachodzie słońca, wstąpiliśmy do miasteczka Masaya na targ. Mimo targowania się, ceny nie były bardzo niskie, jak na taki biedny kraj, ale wybór bardzo duży.

I w końcu ostatni punkt programu. Coś, co doświadczyłem po raz pierwszy, mimo że na wulkanach byłem wielu. Jednak Wulkan Masaya jest wulkanem aktywnym i to widać gołym okiem. O godzinie 17 ponownie otwierają się bramy parku, zmienia się cena wstępu (10 USD/os) i po kilkunastu minutach jazdy dojeżdża się na górny parking przy krawędzi wulkanu. Spogląda się w dół, a tam wrzący kocioł lawy. Absolutna cisza, słychać tylko „szum” z kotła. Piękne przeżycie.

Dzień 4, 20 listopada 2019 r. – Isla Ometepe

Po 2 nocach opuściliśmy Grenadę z planem spędzenia 2 kolejnych nocy na wulkanicznej wyspie Isla Ometepe na największym w Nikaragui jeziorze.

Prom na wyspę płynie z Rivas, gdzie stawiliśmy się godzinę przed odpłynięciem. Udało się kupić bilety i było nawet miejsce na samochód, których to nie ma zbyt wiele na ciasnym pokładzie. Przy okazji dokonałem rezerwacji na prom powrotny – po prostu na swoje imię. We wszystkich procedurach portowych od momentu zaparkowania przed niewielkim portem – kupno biletów, następnie wniesienie opłaty portowej i na końcu niewielkiego podatku w 3 różnych okienkach – pomagał mi sympatyczny Nikaraguańczyk. Na koniec zaproponował napiwek dla siebie. No cóż, nie ma nic za darmo, ale faktycznie byliśmy mu wdzięczni. Lepszy taki model niż mazanie szyb starą gąbką na skrzyżowaniu lub po prostu „dej”. Wjazd na prom był ciekawym doświadczeniem. Wjeżdża się tyłem, a obsługa kieruje tak, by auta były dosłownie kilka centymetrów od barierki lub od siebie. Spokojnie i cierpliwie, mimo że trochę to trwa. Inaczej niż niektórzy mechanicy w Polsce, dla których nasze podjechanie do nich to już ogromny problem i natychmiast trzeba przeparkować auto, ponieważ na pewno postawimy je źle i zdezorganizujemy pracę całego warsztatu.

Lago de Nicaragua jest dość duże, więc są tam nawet fale, jak na morzu. Dwa wulkany (Concepcion i Maderas), które zajmują centrum obu ramion wysp, były coraz bliżej nas. W końcu dopłynęliśmy do Moyogalpa. Kilka minut później byliśmy w hotelu. Wybraliśmy się coś zjeść, a później do Charco Verde. Wstęp 5 USD. Na początku ok. 2-kilometrowego szlaku przechodzi się przez motylarnię. Gatunki motyli nie są bardzo zróżnicowane, ale jest ich mnóstwo, a przede wszystkim motyle żyją w dość naturalnym, poza siatką, otoczeniu. Ciekawe doświadczenie. Do tego uruchamiająca się po wejściu delikatna muzyka sprawia wrażenie, jakbyśmy przenieśli się do jakiejś bajki.

Później okrąża się jezioro Charco Verde, czyli jezioro leżące na wyspie, na innym jeziorze i dochodzi do czarnej plaży Playa Bancon. Nikogo na niej nie było. Było pochmurno i momentami kropiło, ale woda w jeziorze była ciepła i przyjemnie było się w nim pokąpać. Plaża nie musi być biała, a woda turkusowa, żeby odpocząć. 😊

Dzień 5, 21 listopada 2019 r. – Isla Ometepe

Pełny dzień na zwiedzenie wyspy. Z Moyogalpa, portowego miasta gdzie mieszkaliśmy wybraliśmy się do Ojo del Agua, mineralnych źródeł, w których można popływać. Chcieliśmy zobaczyć całą wyspę, więc mając do wyboru dwie podobne drogi (odległościowo, oj, tylko odległościowo!) – górą lub dołem, którym już trochę jechaliśmy i będziemy wracać – wybraliśmy górę. Najwyższej kategorii droga na wyspie, czyli coś jak wybrukowana droga osiedlowa, dość szybko się skończyła i przeszła w dziurawą szutrówkę. Ale nawet po niej jeździły autobusy, motory czy auta dostawcze. Nasza Corolla też dała radę, ale podwozie chyba się trochę umęczyło od stukania w kamienie i nie tylko. W Altagracia zatrzymaliśmy się na smoothie z budki prowadzonej przez dzieci, brata i siostrę.

Dojechaliśmy do Ojo del Agua. Wstęp 5 USD. Okolica jest piękna, a woda w basenach krystaliczna. Faktycznie jest to trochę zabetonowana atrakcja, jak narzekali niektórzy w opiniach w Mapach Google, ale ludzi było niewiele, było spokojnie, słonecznie – na 2-3 godziny, w tym obiad (dobry), jako przerwa od bujającego samochodu w sam raz. 😊

Wybraliśmy się na drugą część wyspy, żeby wspiąć się na wodospad Cascasa de San Ramon. Szlak zaczynał się w miejscowości o takiej właśnie nazwie i był szlakiem prawie że na sam wulkan. W okienku z biletami powiedzieli, że idzie się ok. 1,5 godziny w jedną stronę. Zeszło nam dłużej. Droga na początku była dość dobra, po prostu się wznosiła, później była coraz węższa, aż trzeba było iść samym korytem strumyka po śliskich głazach. Doszliśmy. Wodospad był wysoki, ale nie wyrzucał z siebie ogromnej ilości wody, bardziej spływała ona po skałach. Mimo to, podobał mi się bardziej niż Niagara. W takich miejscach można stać i stać. Chciałem się w nim schłodzić, jako że po wędrówce wszyscy byliśmy zlani potem, ale był aż za zimny. Kiedy doszliśmy do samochodu było już kompletnie ciemno. Piękna przygoda.

Dzień 6, 22 listopada 2019 r. – Wybrzeże Oceanu Spokojnego (Pacyfiku), San Juan del Sur

Stawiliśmy się na poranny prom, na który mieliśmy rezerwację. Niestety się zepsuł i zaproponowano nam kolejny, za 2,5 godziny. Szkoda czasu. Całe szczęście była jeszcze inna firma promowa obok i jej prom odpływał za godzinę. Kupiliśmy więc bilety. Prom był nawet większy i nie trzeba było parkować na milimetry. Przed odpłynięciem byliśmy świadkami jak karetka pogotowia, czyli w realiach wyspy auto terenowe podjeżdża do portu, gdzie chora na noszach przenoszona jest do łódki, kroplówka zostaje powieszona na metalowym daszku, a pani doktor czuwa nad kobietą. To daje pojęcie o tym, że ta wyspa to trochę koniec świata. Najpierw auto terenowe, później łódka, zwykła karetka i dopiero można dostać się do normalnego szpitala.

Przypłynęliśmy z powrotem do Rivas na lądzie i ruszyliśmy w kierunku Pacyfiku, czyli niezbyt daleko. Wybrzeża jeziora i oceanu są dość blisko siebie, z samolotu wygląda to jakby ląd był mierzeją. Głównym miastem na wybrzeżu jest San Juan del Sur. Do niego prowadzi bardzo dobra, asfaltowa droga. Ale już na lewo i prawo od niego, droga szutrowa. Ale całkiem nie taka dziurawa. Zameldowaliśmy się na 2 kolejne noce w raju, kilka kilometrów od San Juan. Nawet taka była nazwa tego obiektu – Eden on Chocolata. Takich widoków, przeżyć czy doświadczeń mycia zębów na tarasie wśród cykania świerszczy nie ma w żadnym hotelu. Prostota i natura są najpiękniejsze.

Po krótkim odpoczynku w naszym tropikalnym nowym domu, wybraliśmy się na Playa Maderas. Tam też zjedliśmy prosty, choć dobry obiad. Wszędzie jest raczej to samo, na zasadzie mięso/ryba oraz smażone banany, ryż, frytki i sałatka. Plażowaliśmy do zachodu słońca.

Za to na kolację wybraliśmy się do głównego miasteczka San Juan del Sur, w którym jest kilka bardziej żywych i turystycznych ulic. Kierując się opiniami na Mapach Google wybraliśmy się do Simon Says. Genialna rekomendacja. Oprócz tego, że ogródek ma niesamowity klimat, w zasadzie był to najlepszy posiłek podczas całego wyjazdu. Dość duża porcja homara we wspaniałym miodowo-musztardowym sosie nie przykrywającym jego delikatnego smaku, ćwiartki ziemniaków i sałatka za… 32 złote. W Kostaryce często płaciliśmy więcej za usmażony filet z kurczaka. Do tego dobre drinki i smoothie w promocji 2 za 1.

Dzień 7, 23 listopada 2019 r. – Wybrzeże Oceanu Spokojnego (Pacyfiku), San Juan del Sur

Pełen dzień na wybrzeżu. Najpierw wybraliśmy się na statuę Jezusa prawie jak w Rio – Cristo de La Misericordia. To jedyny punkt, z którego są takie widoki i można objąć wybrzeże wzrokiem. Bo nawet gdy droga na mapie wydaje się biec blisko brzegu, to na wybrzeże nie ma żadnego widoku, a niby niedługi dojazd do plaży może być dziurawy i męczący. Jeździ się dość wolno, więc atrakcja typu „przejazd wybrzeżem” z postojami na podziwianie wybrzeża, którą chciałoby się zaplanować patrząc na mapę, raczej odpada. Tu wygląda to dość specyficznie. Nie byłem jeszcze nigdy w tak nierozwiniętym turystycznie regionie nadmorskim. Ale ma to głównie plusy. Komfortowe noclegi są, restauracje z dobrym jedzeniem też, więc już jest dobrze, a słaba droga to pewnego rodzaju atrakcja i wraz z trzema godzinami drogi od lotniska to gwarancja, że masowa turystyka nie zadepcze tego kraju.

Później plażowaliśmy na Playa El Remanso. Mogliśmy trafić lepiej, ale nie chcieliśmy już jeździć za kolejną, jeszcze ładniejszą. 😊

Jednak niedługo przed zachodem słońca zmieniliśmy plażę na Playa Esamenca. Po zjechaniu z „głównej” i tak już szutrowej drogi, droga do plaży droga wznosiła się i opadała, a gdy w obawie przed dziurą zwalniałem lub zatrzymywałem się, ciężko było ruszyć pod górę po żwirze. Można było się zniechęcić. Trafiliśmy na szlaban i znak  o 5 USD wstępu. Ale strażnik otworzył nam szlaban bez tego. Na tym terenie jest jakiś ośrodek z rozsianymi domkami. Ale tak dyskretnie, że dalej ma się wrażenie odludzia. I taka też była plaża – tylko dla nas. Jedna z fajniejszych plaż na jakich byłem. Majestatyczna, szeroka, długa, z potężnymi falami rozbijającymi się daleko od brzegu. I tylko dla nas, przynajmniej przez jakiś czas. Spotkaliśmy kilku ludzi, którzy najwidoczniej ze zlokalizowanych tam domków przyszli na zachód słońca, ale to jeszcze jej nie przekreśla. 😊 Mogliśmy spędzić tu więcej czasu. Wybrzeże Nikaragui to naprawdę świetne miejsce dla kogoś, kto chce się oderwać od wszystkiego. Na kolację ponownie zawitaliśmy do Simon Says w San Juan, było genialnie.

Dzień 8, 24 listopada 2019 r. – droga z Nikaragui do Kostaryki

Pora zmienić kraj. W Nikaragui zobaczyliśmy tyle, ile dało się bez nadmiernych wysiłków, męczących tras i w miarę po drodze przez te kilka dni. Bo np. Wybrzeże Karaibskie jest dość słabo dostępne drogą (podobnie w sąsiednich krajach), a loty na rajskie, karaibskie wyspy Nikaragui drogie. Zresztą Karaiby znamy dość dobrze, nie po to przyjechaliśmy do Nikaragui.

Dzień upłynął nam na technicznym przemieszczeniu się. Najpierw pojechaliśmy do Managui, gdzie musieliśmy oddać samochód. Pracownik wypożyczalni zgodził się za drobną opłatą odwieźć nas nim na dworzec autobusowy TransNica. Jechał jak szalony. Całe szczęście już po spisaniu protokołu zwrotu. Ruszyliśmy naprawdę wygodnym autobusem do Kostaryki w trwającą 9 godzin podróż. Formalności graniczne trwały około godziny. Przyglądaliśmy się typowo amerykańskim, dużym ciężarówkom jak z reklam Coca Coli z Nikaragui, Hondurasu i Salwadoru.

W końcu dojechaliśmy do San Jose. Miasto położone jest na poziomie 1172 m n.p.m., więc późnym wieczorem były tylko 22 stopnie. Zimno! Taksówką dojechaliśmy do lotniskowej wypożyczalni, odebraliśmy samochód i po kilku kilometrach byliśmy w hotelu. Spać.

Dzień 9, 25 listopada 2019 r. – Tortuguero

Z deszczowych i mglistych gór wyruszyliśmy na Wybrzeże Karaibskie, do Tortuguero.

W La Pavona zostawiliśmy auto (parking wśród pustkowia, ale za 10 USD/doba), kupiliśmy bilety na łódkę i po krótkim oczekiwaniu wypłynęliśmy w ok. 40 minutowy rejs do Tortuguero, które jest dostępne jedynie drogą wodną. To już była ogromna atrakcja. Po drodze spotkaliśmy m.in. kajmany, czyli „małe krokodyle”. 😊

Po dopłynięciu do małego miasteczka Tortuguero, w imieniu hotelu odebrał nas z przystani Niemiec, który osiedlił się tu już 20 czy 30 lat temu. Prowadzi tu biuro podróży organizujące 3 typowe wycieczki: rejs po kanałach Tortuguero, tropienie wykluwających się żółwi (w sezonie) i nocny spacer, kiedy to zwierzęta są dużo bardziej aktywne. Bardzo nie podobały mi się techniki wywierania wpływu jakie stosował. Jego wycieczki są najlepsze bo startują z jego biura, a nie spod kasy parku 200 metrów dalej, gdzie trzeba stać w kolejce po bilet (co w sezonie zajmuje ponoć godzinę) i tylko on ma na to pozwolenie. Wow! Tylko jego łódki mają plastikowe krzesła, a nie deski (nieprawda). Tylko jego wycieczki trwają 3 godziny. Pozostałe trwają dwie, z czego godzina w kolejce. Jego wycieczki są organizowane na maksymalnie 8 osób, a inne na dwa razy więcej, przez co na łódce co siedzi się jak sardynka w puszce. Poza tym chciał zaszczepić nam poczucie zagrożenia. Zakaz wstępu na plażę (park narodowy) po godzinie 18 pod groźbą 500 USD mandatu. Hmm, nawet jeśli, to wątpię, że ktoś by chciał dać nam taki mandat. W oceanie groźne prądy i rekiny, w rzece krokodyle, w lesie węże. Najbezpieczniej jest w pokoju. I oczywiście na jego wycieczkach. Sam przyznał, że są najdroższe – 35 USD od osoby, ale to zupełnie inna jakość. Nie chcąc wyjaśniać, że zrobił już wszystko, żeby mnie zniechęcić,  powiedziałem, że dam mu znać, ale dowiedziałem się, że mamy tylko godzinę, bo musi zaplanować odpowiednią ilość przewodników na jutro. No nie, jeszcze zasada niedostępności doszła do tego prania mózgu! Zadzwoń teraz, tylko teraz, tylko dla pierwszych 10 osób… No cóż, oczywiście porównaliśmy ceny na mieście i po jakichś 10 minutach już byliśmy umówieni na jutro na prywatny rejs, tylko nasza czwórka za 50 USD za wszystkich, czyli po 12,50 USD od osoby. Trochę żenada. Rodowitemu mieszkańcowi można byłoby wybaczyć to urabianie nas, bo życie pewnie nie jest tu proste, ale oni wcale tak nie postępowali jak „nasz”, Europejczyk. Niesmaczne.

Po umówieniu się na wycieczkę wybraliśmy się coś zjeść i na plażę, gdzie liczyliśmy spotkać małe żółwie, które po wykluciu się pędzą do oceanu. Naszą uwagę przykuło skupisko ludzi w pewnym miejscu i tak, był tam mały żółwik! Piękny moment. I zachód słońca też był piękny.

Dzień 10, 26 listopada 2019 r. – Tortuguero i droga do La Fortuna

Wszyscy polecali wybrać się na rejs po kanałach Tortuguero o godzinie 6, kiedy park narodowy się otwiera. Nie lubimy wcześnie wstawać, ale uznaliśmy, że może faktycznie się znają, skoro tu mieszkają i warto. Przy kasie spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Alonso. Kupiliśmy bilety dla siebie (to jest akurat zawsze płatne osobno, 15 USD), on za swój jako przewodnika zapłacił sam (ale mniej). I wypłynęliśmy w 2,5-godzinny, wspaniały rejs. Łódką z plastikowymi krzesłami, których ponoć nikt nie ma. Przewodnicy są niesamowici, bez nich nie dostrzeglibyśmy połowy z tego, co nam pokazali. Np. nieruchomego, leżącego na gałęzi leniwca. Choć w tym wypatrywaniu zwierząt stawaliśmy się coraz lepsi. 😊

Mogę więc polecić naszego przewodnika Alonso. Oto jego numer: +506 8666 8843 (WhatsApp) i strona na facebooku. Nie wiem czy w sezonie też da się wytargować 50 USD za całą łódkę, ale wtedy, w listopadzie, udało nam się to bez większych problemów. To naprawdę dobra cena.

Po powrocie z wycieczki zjedliśmy śniadanie i wybraliśmy się na pieszy spacer po ścieżce Kojotów (ponoć tu są, jest instrukcja jak się zachować w razie spotkania!) w parku narodowym, korzystając z opłaconego biletu wstępu. Trochę padało, ale to, może nie dla wszystkich, dodawało uroku chodzenia wśród soczyście zielonego lasu ciągnącego się wzdłuż plaży. Tortuguero to jeden z najwilgotniejszych regionów Kostaryki. W pewnym momencie zboczyliśmy ze ścieżki popatrzeć na plaże, a tam zauważyliśmy ludzi nad… dołem w piasku pełnym malutkich żółwi! Odprowadzaliśmy je w ich pierwszą podróż do oceanu.

Kiedy ścieżka się skończyła, drogę powrotną pokonaliśmy plażą. Odpoczęliśmy i wróciliśmy ostatnią łódką do La Pavona, gdzie stało nasze auto. A stamtąd do La Fortuna, znowu w góry, mgły i deszcze. Planując podróż nie wiedziałem, czy Tortuguero to już nie będzie za dużo, szczególnie, że nie było w żaden sposób po drodze, trzeba było jechać tam specjalnie. I wiem, że było warto.

Dzień 11, 27 listopada 2019 r. – okolice wulkanu Arenal, Mistico Arenal Hanging Bridges, termalny potok

Padało. Tak, że na blaszanym daszku bungalowu nie było słychać rozpędzonych, ciężkich kropel w niego uderzających, tylko po prostu ciągły hałas, jakby dmuchawy. Tak mocno i gęsto padał deszcz. Całe szczęście przed południem przestało. Ale się nie rozjaśniło. Będąc przy wulkanie Arenal, nie zobaczyliśmy go ani razu.

W okolicy był wodospad La Fortuna, ale uznaliśmy, że 18 USD za wstęp i otrzymaną za to infrastrukturę w postaci schodów, to trochę za dużo. No niestety, Kostaryka się ceni i to nawet za rzeczy, które „powinny” być darmowe lub prawie darmowe. Woleliśmy wydać 26 USD na spacer wiszącymi mostami, czyli Mistico Arenal Hanging Bridges. Przy wejściu musiałem podpisać oświadczenie, że wchodzę w otwartych butach na własną odpowiedzialność. Ze względu na węże. A ścieżka okazała się dużo lepiej przygotowana niż poprzedniego dnia w Tortuguero, była w całości wykostkowana. Na początku, ze względu na nieco większą ilość ludzi przy parkingu i początek trasy, przypominający park czy ogród botaniczny, myślałem, że może to być atrakcja trochę zbyt „sztuczna”. Ale później było coraz lepiej. Tylko kilka razy kogoś spotkaliśmy i mieliśmy wrażenie, że jesteśmy tam prawie sami. Widoczność była średnia, więc nie mieliśmy okazji spojrzeć na wulkan Arenal z jednego z mostów tak, jak widzieliśmy na zdjęciach, ale mgła dodawała uroku temu co bliżej. Wszystko rosło na wszystkim. Chwiejące się (ale bezpieczne) mosty były świetne. Nie mogłem przestać robić kolejnych takich samych zdjęć. Wspaniałe przeżycie. Spacerowaliśmy 2 godziny. Ten prywatny park z wiszącymi mostami nie jest jedyny. Takich jak on jest wiele w Kostaryce – w okolicy wulkanu Arenal, Monteverde czy jeszcze gdzie indziej migały nam podobne reklamy. Nie mam porównania, ale nie wiem, czy można byłoby oczekiwać od niego jeszcze czegoś więcej.

Następnie poszliśmy zjeść i wykąpać się w termalnym potoku. Na tym obszarze mnóstwo jest źródeł termalnych. Niestety wszystkie z nich, oprócz tego jednego potoku, mają formę hotelowych basenów. Co nie tylko odbiera dużo uroku, skoro są to zwykłe baseny, jedynie wypełnione wodą termalną, ale też jest bardzo drogie – nawet 100 dolarów za dzienny wstęp do niektórych z nich. Albo dla gości w cenie, odpowiednio wysokiej.

Link do Map Google. Parkuje się wzdłuż głównej ulicy za 2000 CRC (ok. 14 zł) i chwilę idzie do potoku. Oj, robi wrażenie! Ciepło, para, a zanurzenie stopy – ale super! Potok uformował niecki z mniej rwącą wodą idealną do posiedzenia jak w jakuzzi. Tyle, że tu woda nie stygnie, nadpływa ciągle ciepła. Dookoła tropikalna roślinność, odgłosy puszczy i… szop pracz czający się na rzeczy kąpiących się turystów. Moje obwąchał dwa razy, ale nie znalazł tam jedzenia.

Dzień 12, 28 listopada 2019 r. – Monteverde, Selvatura Adventure Park i zjazd z tyrolek

Zmieniamy miejsce. W zasadzie klimat i krajobraz ten sam, lasu deszczowego, tylko z innej strony. 3-godzinna droga była dość męcząca – w całości szutrowa i dość dziurawa. Ale z pięknymi widokami.

Rezerwat Lasu Mglistego Monteverde sam w sobie odpuściliśmy. 25 USD za wstęp, by tylko przejść się wyznaczonymi ścieżkami z jednym wiszącym mostem. Wczoraj mieliśmy lepsze przeżycia.

A dzisiaj będą jeszcze lepsze. Bo zdecydowaliśmy się na zjazd na tyrolkach. Przeszukałem oferty parków rozrywki i zdecydowaliśmy się na Selvatura Adventure Park. Dobra infrastruktura, dużo zjazdów, dużo opinii, najlepszy stosunek jakości do ceny – 50 USD od osoby. Inne parki nawet 90 USD. Było świetnie. Łącznie spędziliśmy tak 3 godziny. Bo oczywiście na określoną godzinę zbiera się grupa, jest krótkie szkolenie, a potem po kolei wszyscy zjeżdżają i są przepinani na każdej stacji. Trochę to trwa. A zjazdów jest aż 13, w tym najdłuższy kilometrowy. Do tego skok typu „tarzan swing”. I to wszystko w tajemniczej scenerii lasu deszczowego. Z lepszej perspektywy niż pędząc wśród dzikości ciężko go zwiedzić i „poczuć”.

Niektórzy mogą mieć obawy czy to dla nich, czy nie będą się bali, ale myślę, że niepotrzebnie. W praktyce wygląda to naprawdę bezpiecznie i spokojnie. Przed zjazdem najpierw siada się na swojej uprzęży, jeszcze na stacji, czuje się, że jest bezpiecznie, wszystko się trzyma i dopiero wtedy się zjeżdża. Nie ma elementu skoku czy spadania. Dzięki trzymaniu jednej ręki na linie (za kołowrotkiem, w rękawicach) trzyma się prosty tor jazdy. A przed przybyciem do stacji końcowej, obsługa sama hamuje odpowiednim odbojnikiem na linie. Nie ma więc ryzyka wbicia się w drzewo. Co innego „tarzan swing”, tam jest element spadania przez kilka metrów, a potem bujania się. To jest już bardziej ekstremalne.

Przybyliśmy do hotelu i poszliśmy spać około 21. Czyli wcale nie tak wcześnie. Żyliśmy w pewnej harmonii z przyrodą. Tutaj atrakcje były wyłącznie przyrodnicze, więc do zobaczenia za dnia. Wieczorem można było pójść coś zjeść, a później… siedzieć w internecie? Nie po to tu przyjechaliśmy. Woleliśmy maksymalnie wykorzystać dzień. Nigdy nie budziłem się sam przed 7 rano. 😊

Dzień 13, 29 listopada 2019 r. – droga na Wybrzeże Pacyfiku

Z Monteverde nad Pacyfik, konkretnie w okolice Santa Teresa czy Montezumy trochę się jedzie. 5 godzin. Najpierw szutrową drogą przez góry i piękne widoki w dół. I z powrotem jesteśmy w cieple – nawet 31 stopni. Kawałeczek przez dobrą drogę numer 1, czyli Panamericanę biegnąca przez całą Amerykę Środkową. Później dość długi  fragment inną asfaltową drogą i ostatnie 2 godziny z powrotem szutrową ze średnią prędkością 30 km/h.

Zatrzymała nas policja. Bo zatrzymywała wszystkich, a ja do tego wyprzedziłem wolną ciężarówkę tuż po zjechaniu z mostu, gdzie była linia ciągła. Policjanci byli średnio sympatyczni. Zaczęli od tego, że czują marihuanę w aucie. No bzdura. Obwąchali mój portfel, zajrzeli do bagażnika. Jednej z nas powiedzieli, że jak zapłacimy, to nie będzie żadnego problemu. Ale za co? 😊 Do mnie powiedzieli, że to wyprzedzanie to duuży problem. Będzie mandat. Ale jak zapłacimy teraz, to będzie mniejszy. A ile mniej więcej? Około 100 dolarów. Trochę się miotali we wszystkim. Powiedziałem, że wolę jednak zapłacić później i sekundę później usłyszałem, że możemy jechać. Dziwne. Coś próbowali, ale chyba nie obmyślili strategii. I dobrze. Zatrzymaliśmy się na obiad od strony zatoki, jeszcze nie pełnego oceanu.

Dojechaliśmy do Montezumy, gdzie trochę poplażowaliśmy przed zachodem słońca. A krótko przed zachodem słońca dojechaliśmy do naszego domku. Klimatycznego, ale dokładnie na poziomie gruntu przez co czasem wchodziły różne owady, pająki, trafił się nawet krab. Niektórym przeszkadzało to mniej, niektórym bardziej. 😊