fbpx

Malediwy

9 lutego 2014 r.

Właśnie rozpoczyna się moja kolejna podróż. Za pół godziny lecę z Warszawy do Frankfurtu, następnie do Kolombo (Sri Lanka) i docelowo na… Malediwy. 🙂 Będę miał dostęp do internetu, więc można liczyć na relacje i zdjęcia.

10 lutego 2014 r.

Wylądowaliśmy na lotnisku w Male City. A właściwie na wyspie Hulhumalé, z której kilka minut płynie się promem do stolicy. Wyjątkowe lotnisko. Po opuszczeniu strefy przylotów nie trafia się na ruchliwą ulice i latające w powietrzu “taxi, taxi, taxi, taxi?”, tylko wprost na niewielką przystań, w której bujają się na krystalicznie błękitnej wodzie stare, drewniane, malowane stateczki. Po dotarciu na główną wyspę – Male City, mieliśmy kilka godzin czasu do odpłynięcia statku na naszą wyspę. Obszedłem ją więc dookoła, trafiając na targ rybny, warzywny, meczet i w inne ciekawe miejsca.

Po dopłynięciu na Maafushi, obsługa hotelowa z ręcznym wózkiem na bagażena już czekała na na i innych gości. Ciężko byłoby im (bo nie nam – my mamy zawsze lekkie!) ciągnąć je po piasku. Nasz skromny pensjonat (B&B, z gwarancją pokoju z oknem!) był na prawo od portu. Poszliśmy na lewo. Chyba wiedzą gdzie iść. Tak, do nowego 4* hotelu tego samego właściciela, gdzie zostaniemy zameldowani i odprowadzeni we właściwe miejsce. Po zameldowaniu, obsługa jednak zaczęła wnosić bagaże na piętra… Tak… W cenie skromnego pensjonatu mieszkamy w otwartym 3 tygodnie temu, obecnie najlepszym na wyspie hotelu z widokiem na morze. Wśród innych, zaskoczonych gości, była ciekawa świata, młoda para w Leszna, z którą 2 miesiące później polecieliśmy do… Gruzji.

16 lutego 2014 r.

Czas na Malediwach płynie powoli.

W ostatnich dniach wybraliśmy się na inną, mniejszą wyspę, gdzie znajdował się resort Fihalhohi. Piękne plaże, 2 restauracje, domki w cieniu palm i bungalowy na wodzie. To wszystko. Nasza wyspa Maafushi jest wyjątkiem – oprócz turystów, mieszkają tu także zwykli ludzie.

Kolejnego dnia wybraliśmy się, a przynajmniej chcieliśmy się wybrać na pobliską wyspę Gulhi, gdzie można było dotrzeć publicznym promem. W drodze z lotniska, ze stolicy, zatrzymywaliśmy się na niej, więc logiczne byłoby, żeby prom płynący z powrotem, także się na niej zatrzymał. Niestety tak nie było. Tego promu w ogóle nie było – w rozkładzie. Całe szczęście prom, a właściwie kolorowy, drewniany stateczek z ryczącym silnikiem, miał wyższy, przeznaczony na bagaże, pusty pokład, z ok. 40 cm barierką. Z przyjemnym wiatrem we włosach, obserwując skaczące od czasu do czasu delfiny w oddali, dopłynęliśmy do Male. Zapytałem obsługę, czy ten sam prom zaraz wraca. Nie, dopiero jutro o 10. Ciekawe. Przecież wiem, że odpływa codziennie oprócz piątku z Male o 15:00. A jest sobota. Wysiadamy na ląd i od razu chcemy wejść na pokład promu powrotnego – jest za 10 minut. Znajdujemy go, ale niestety jest pełny i nas nie zabierze. To był ostatni statek tego dnia… Okazało się jednak, że jest jeszcze jeden, o tej samej godzinie, odpływający kilkanaście metrów stąd. Tego oczywiście też nie było w żadnym rozkładzie. Dobrze, że miał taki sam, górny pokład, dzięki czemu i ta podróż była przyjemna. 3 godziny pływania po błękitnym morzu kosztowały nas po 3,5 dolara, więc uznałem, że właściwie dobrze się stało.

Wieczorem wybraliśmy się na zacumowany ok. 500 m od brzegu statek. Jak dowiedzieliśmy się od poznanych na miejscu Polaków, jest to statek imprezowy, gdzie m.in. można napić się prawdziwego piwa. Co za atrakcja! Na wszystkich wyspach zamieszkanych przez lokalną ludność obowiązuje całkowity zakaz posiadania i sprzedaży alkoholu. Bardziej z ciekawości, niż z takiej potrzeby wybraliśmy się tam malutką motorówką, kursującą między wyspą a statkiem dla przypływających i odpływających klientów. Piwo 0,33l – 25 zł, 0,5l Smirnoffa – 200 zł, muzyka nieciekawa, wyraźnie dobrana pod Rosjan, stanowiących większość. Za to można było poobserwować gwiazdy i poczuć orzeźwiającą bryzę.

Dzisiaj wybraliśmy się motorówką na snorkelling trochę dalej od wyspy. Podczas wszystkich nurkowań, po około godzinie dziennie, oprócz kolorowej rafy i rybek, których gatunki ciężko wymienić, spotkałem m.in. metrowego rekina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *