👉 Zabytkowe, kolonialne Hanoi z podobno najlepszym na świecie street-foodem
👉 Wspinaczka na Górę Smoka z niesamowitymi widokami oraz relaksujący, długi rejs łódką po 3 jaskiniach – Tam Coc
👉 Majestatyczne skały i oszałamiające widoki podczas 3-dniowego rejsu luksusowym statkiem po Zatoce Ha Long
👉 Najpiękniejsze w Wietnamie, kolonialne miasto Hoi An (możliwe plażowanie!) i zagubiony w puszczy kompleks świątyń My Son
👉 Relaks na szerokich plażach Phu Quoc (możliwy najlepszy snorkeling w kraju)
👉 Nowoczesny i głośny Sajgon z najwyższym w Wietnamie budynkiem Landmark 81|
👉 Wycieczka po Delcie Mekongu, czyli rezerwat przyrody i pływający targ
Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!
Za dużo czytania? Zobacz relację na Instagramie.
Część I
Część II
Dzień 1 – 7 kwietnia 2024 r. – wylot z Berlina
Dzień 2 – 8 kwietnia 2024 r. – Hanoi (Ngoc Son Temple)
Podczas przesiadki w Singapurze, mieliśmy okazji spróbować po raz pierwszy podczas tej podróży kuchni azjatyckiej (nie licząc zupek chińskich w taniej linii Scoot), a konkretnie laksy, zupy z owocami morza i mlekiem kokosowym. W Terminalu 1, w strefie odlotów, pozostając w strefie tranzytowej, jest nawet przyzwoity, choć trochę ciasny i miejscami brudny foodcourt.
Wylądowaliśmy w Hanoi. Było pochmurno i o dziwo, całkiem świeżo, bo były tylko 23 stopnie. Kilka dni później było już ponad 30, a w Sajgonie temperatury dochodziły do 38 stopni. Kwiecień to najgorętszy miesiąc. Taka pogodowa anomalia pozwoliła nam delikatnie zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Rozpoczęliśmy zwiedzanie. W trakcie zjedliśmy legendarne banh mi, czyli francuskie półbagietki z ciekawym wkładem – różne mięsa, szynki (o specyficznym smaku podobnym do mielonki), warzywa, lekko pikantne smarowidła. Po zachodzie słońca zwiedziliśmy świątynię Ngoc Son na wyspie na jeziorze Hoan Kiem, z prowadzącym do niej charakterystycznym czerwonym mostem. A na zakończenie dnia, zjedliśmy – zwiedzanie w Wietnamie to w dużej części jedzenie 😊 – również legendarne danie, bun ca. Czyli słodki wywar na bazie sosu rybnego (to sos nr 1 w Wietnamie i z niego jest słynny) z makaronem i sajgonkami, które się w nim macza. I oczywiście dużo zieleniny, jak zawsze, do wszystkiego. Miejsce: Bun Cha Ta Hanoi, wyróżnione przez Michelin.
Dzień 3 – 9 kwietnia 2024 r. – Hanoi (Train Street, Świątynia Literatury, Mauzoleum Ho Chi Minha, Pagoda na jednej nóżce, Pałac Prezydencki, pagoda Tran Quoc)
Dzień rozpoczęliśmy od wizyty na słynnej Train Street, czyli ulicy z kawiarniami, przez którą ze 2 razy dziennie przejeżdża pociąg. Ciężko na nią wejść bez zadeklarowania chęci napicia się czegoś w którejś z kawiarni, inaczej „naganiacze” prowadzący do swojej kawiarni, nie wpuszczają. Ale że jest tanio, nie mamy im tego za złe, bo i tak chcielibyśmy się czegoś napić.
Następnie idąc nieco mniej atrakcyjnymi ulicami doszliśmy do Świątyni Literatury, czyli uczelni z 1070 roku.
Kolejnym punktem było Mauzoleum Ho Chi Minha (zamknięte i dobrze, bo byśmy stali w długiej kolejce 😊 ). Obok niego znajduje się Pagoda na jednej nóżce. Zainteresowały nas wystawione tam tablice z prawami karmy. Niektóre z nich były naprawdę śmieszne. Np. „próżne” podróżowanie dla przyjemności = problemy z poruszaniem się, gdy skończy się ta „passa”. Nie budowanie wystarczającej ilości toalet = problemy żołądkowe w przyszłości. Przeszliśmy jeszcze przez teren Pałacu Prezydenckiego, na terenie którego znajdował się Dom Ho Chi Minha, wraz z wystawą jego samochodów.
Czas na posiłek. Tym razem owoce morza i rzek. W Wietnamie i Hanoi szczególnie, mnóstwo miejsc zostało wyróżnionych przez Michelin. I to nie są najdroższe, najbardziej snobistyczne restauracje, w których opis dania, jego wygląd i przede wszystkim cena wzbudza śmiech, tylko takie miejsca, które u nas zamknąłby sanepid. Ale jest tam smacznie, choć to konkretne miejsce, Quán Ốc Dì Tú, wypadło gorzej na tle niewyróżnionego przez Michelin i ocenianego na 4,2/5 w Googlach, podobnego miejsca w owocami morza na Phu Quoc.
Pieszo doszliśmy do pagody Tran Quoc, na kolejnym, większym jeziorze Hanoi.
Dzień zakończyliśmy masażem, posiłkiem (znowu bun ca, ale z samodzielnie zawijanymi sajgonkami) i zjedzeniem Duriana – w końcu, mój pierwszy raz! Smakuje dużo lepiej i zupełnie inaczej niż pachnie. Pachnie takim fermentującym śmietnikiem, rynsztokiem na targu, a smakuje kleiście, słodko, trochę mango, trochę cebulowo-czosnkowo, w ogóle nie jest to kontrowersyjny smak. Tylko zapach.
Dzień 4 – 10 kwietnia 2024 r. – Hoa Lu, Tam Coc
Tego dnia pojechaliśmy na jednodniową, zorganizowaną – bo to jednak wygodne i tanie – wycieczkę do trzech jaskiń, co oznacza właśnie Tam Coc. Pierwszym punktem jest pierwsza stolica Wietnamu, Hoa Lu. Nie zostało z niej zbyt wiele.
Tutaj wypowiem się na temat języka angielskiego w Wietnamie. 5 miesięcy wcześniej byłem na Filipinach i tam znajomość, poprawność gramatyczna i wymowa, z amerykańskim akcentem, naprawdę mnie pozytywnie zaskoczyły. W Wietnamie jest niestety dużo gorzej. Nawet przewodnicy czy osoby związane z obsługą turystów, gramatycznie są na takim poziomie, jak dziecko z podstawówki, że opowieści o historii itp. są takie proste, dość powierzchowne, polegają nieco na rzucaniu słów kluczowych. Ale jeszcze gorzej jest z wymową. Język wietnamski, mimo że jest zapisywany naszym alfabetem, łacińskim i dzięki temu jesteśmy w stanie coś zapisać, przepisać, porównać czy to ten sam wyraz, to niestety w wymowie brzmi to jak strzelanie krótkimi, bardzo podobnymi, ale jednak nieco inaczej wymawianymi sylabami. I być może przez to, w angielski Wietnamczyków, w większości, trzeba się bardzo wsłuchiwać i jest to męczące. Nasz ulubiony zwrot z tej wycieczki, to instrukcja bezpieczeństwa kierownika rejsu po Zatoce Ha Long. Mówił: IN KEJK OF EMERDŻENSI. A tłumacząc błąd młodej kelnerki gościom, mówił, że to jest DŻANG gerl. Prześmieszne. I jeszcze co do samych wycieczek, przewodnicy i piloci, oczywiście bardzo mili i sympatyczni (bo to nie koniecznie jest oczywiste na świecie), traktują turystów jak dzieci. Przestrzegają przed każdą nierównością na drodze, śliskością, instruują jak się jeździ na rowerze, jak hamuje, jak wiosłuje, jak pływa z maską do snorkelingu.
Kolejnym punktem była przejażdżka na rowerze wśród wystających z wody majestatycznych skał, lunch i wspinaczka na Górę Smoka.
Najważniejszy punkt, czyli naprawdę przyjemny i trwający długo, bo ok. 1,5h (a można się przyzwyczaić, że to co najlepsze w wycieczce często trwa najkrócej, zaledwie chwilę), rejs po rzece łodzią wiosłową, napędzaną stopami (!) głównie kobiet. W trakcie niego przepływa się przez 3 jaskinie i na końcu z dołu widzi Górę Smoka, na której niedługo wcześniej się było. Bardzo udana wycieczka.
Wieczorem zrobiliśmy sobie street-foodową wycieczkę po Hanoi. Na zdjęciach to naleśniki z ciasta ryżowego z mięsem i zupa z suszonym węgorzem. Pyszne dania. Następnie deser z mąki ryżowej, coś jak japońskie mochi, tylko w sosie, a na końcu placek ze ślimakami – dobry, ale kilka kęsów by wystarczyło. 😊 Co do samego street-foodu, oprócz niskich cen, zabawne są niskie, plastikowe krzesełka i stoliki jak dla dzieci w przedszkolu. Je się z głową między kolanami. Hanoiskim specjałem jest też świeże, delikatne i gazowane piwo Bia Hoi.
Dzień 5 – 11 kwietnia 2024 r. – I dzień rejsu po Zatoce Ha Long
Około godziny 11 dojechaliśmy do miasta Haiphong, skąd płynęliśmy kolejne ok. 40 minut małą łodzią do naszego statku, gdzie mieliśmy spędzić kolejne 2 noce. Z zewnątrz nie wyglądał jakoś imponująco, ale w środku był naprawdę komfortowy. Na górnym pokładzie miał jacuzzi, z aż za gorącą wodą. 😊 Po obiedzie na statku, popłynęliśmy na kajaki, można było też pływać. Zdjęć niestety nie mam, bo nie wziąłem telefonu, żeby się o niego nie martwić. Wieczorem próbowaliśmy łowić kalmary, które przyciąga zielone światło (stąd tyle takich świateł nad morzem w Wietnamie czy Tajlandii!), widzieliśmy ich nawet dużo przy tafli wody, ale nie chciały połknąć haczyka.
Dzień 6 – 12 kwietnia 2024 r. – II dzień rejsu po Zatoce Ha Long
Rano nasz statek nieco się przemieścił. Choć trzeba uczciwie napisać, że to nie jest rejs, podczas którego cały czas się płynie. Statki raczej stoją, tylko na wycieczki turystów zabiera mniejsza łódka. A na statku są turyści z różnych wycieczek, krótszych i dłuższych, na różnych ich etapach. Popłynęliśmy na wycieczkę do wioski Viet Hai. Z portu do samej wioski dojechaliśmy rowerami, bardzo przyjemna atrakcja. Obeszliśmy wioskę i zjedliśmy lunch. Napiliśmy się wódki wężowej, a właściwie mocniejszego wina. W smaku normalne. 😊
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na sztucznej, plastikowej wyspie, gdzie była możliwość popływać na kajakach, a później jeszcze na jednej z nielicznych plaż w zatoce. Woda jest chłodna, nie jest krystalicznie czysta, miejscami są jakieś śmieci czy ślady oleistych zanieczyszczeń, ale nie jest źle.
Dzień 7 – 13 kwietnia 2024 r. – III dzień rejsu po Zatoce Ha Long, lot do Hoi An
Poranną aktywnością było zwiedzanie jaskini. Naprawdę ładnej. Ale niestety, odbywało się tam tłoczenie do niej turystów z różnych wycieczek. Taki urok Wietnamu i masowej turystyki.
Po 15 wróciliśmy do Hanoi, zjedliśmy bun ca, chyba najlepsze do tej pory, poszliśmy na masaż i pojechaliśmy na lotnisko. Wylądowaliśmy w Da Nang, transfer zabrał nas do Hoi An, zameldowaliśmy się w hotelu nad brzegiem rzeki i korzystając z niewielkiej ilości czasu, pochodziliśmy po starym mieście. Jest tam bardzo imprezowo. I klimatycznie. O ile wypić o tej porze się da, i to do rana, to zjeść już dużo ciężej, odpuściliśmy więc posiłek (o nie!).
Dzień 8 – 14 kwietnia 2024 r. – Świątynie My Son, Hoi An
Po śniadaniu i oddaniu brudnych rzeczy do pralni, znajdującej się metr od hoteli, za ścianą – i ogólnie na każdym kroku – żeby wyprali je za grosze (to ogromny plus Azji; tym bardziej zalecam nie brać tam dużego bagażu!), pojechaliśmy Uberem do Świątyń My Son. Kierowca sam zaproponował poczekać, podał swój numer, cena była ok, taka jak przez aplikację, więc zgodziliśmy się, ale nie zależało nam na tym bardzo. Pod koniec zwiedzania napisał na Whatsappie, że z powodów rodzinnych nie może nas odebrać. No i przekonaliśmy się, że to jednak jest problem. W aplikacji Graba brak dostępnych kierowców w okolicy, a czekające taksówki (nikt nas nie zaczepiał!) czekają tylko na swoich klientów. Albo oferują bardzo nieciekawe ceny (choć jak na warunki polskie to nadal znośne). Było już późne popołudnie, więc czekaliśmy z 1,5h aż jedni z klientów taksówkarza skończą zwiedzanie i jako że miał większe auto, zabrał nas ze sobą. Więc to drobna przestroga.
Same świątynie były bardzo interesujące i fotogenicznie położone wśród zieleni. Ale gorąco było, bardzo. W pracach nad ich odrestaurowaniem i udostępnieniem zwiedzającym brał udział Polak, architekt i konserwator zabytków – Kazimierz Kwiatkowski.
Po powrocie do Hoi An, w ramach łączonego biletu na 5 wybranych atrakcji, zwiedziliśmy niektóre z tradycyjnych domów i świątyń. Jedną z większych atrakcji jest most Chùa Cầu, ale akurat był w remoncie, więc nie robił takiego wrażenia.
Na kolację zjedliśmy typowe dla regionu Hoi An potrawy, czyli zupę (jak wszystko w Wietnamie 😊) z makaronem typu udon, mięsem i „prażynkami” z tłuszczu (jak Ciniminis) oraz pierożki z ciasta ryżowego. Do picia herbal water, przepyszny napój z imbirem, trawą cytrynową, miętą i cukrem trzcinowym, coś jak bezalkoholowe mohito.
Dzień 9-12 – 15-18 kwietnia 2024 r. – Phu Quoc
Przylecieliśmy na Phu Quoc. Niestety z przesiadką w Sajgonie, mimo że jeszcze niedawno były loty bezpośrednie. Zameldowaliśmy się w naprawdę fajnym hotelu Movenpick i akurat zaszło słońce. Co mi się podoba w Azji, to że będąc nawet w stosunkowo drogim jak na tamtejsze warunki hotelu, nie jest się skazanym na jego drogą restaurację. Bo tuż za murami hotelu, nawet jeśli jest trochę na odludziu, jest lokalna restauracja. Ta konkretna była naprawdę elegancka, dobra i tania.
Odpoczywaliśmy na hotelowej plaży, która była czysta i ładna, bo czyszczona przez pracowników, łącznie z wyławianiem śmieci z morza. Kawałek dalej niestety już śmieci były. W przypadku Phu Quoc raczej nie ma sensu poszukiwanie dzikich, bardziej odludnych plaż, co często robię, nawet gdy plaża hotelowa jest fajna.
W trakcie pobytu wybraliśmy się do miasta Phu Quoc, na nocny targ, oczywiście ze street-foodem. 😊
Nieco dalej od steet-foodowego centrum w stolicy wyspy, znajduje się Xin Chao seafood restaurant, którą to odwiedził Robert Makłowicz podczas odcinka o Phu Quoc na swoim kanale. W Googlach tylko 4,2/5, ale było naprawdę genialnie. Dobre ceny, ogromny wybór owoców moża, duże drinki. Gorąco polecam.
Wybraliśmy się także na wycieczkę snorkelingową. Nie był to snorkeling najwyższej, światowej jakości, jak sam określił to przewodnik, dopytując gdzie nurkowaliśmy do tej pory, mówiąc że w „lepszych” miejscach, ale całkiem przyjemny, warto urozmaicić sobie pobyt w ten sposób. Wypływaliśmy z bardzo dziwnego, nowego, ale jednocześnie pustego miasta-widmo, stylizowanego na klimat śródziemnomorski. Nieudany projekt uczynienia z Phu Quoc czegoś na wzór Hong Hongu, nieco bardziej niezależnej od Wietnamu strefy ekonomiczno-turystycznej. Stąd np. na sam Phu Quoc nie jest potrzebna wiza, jak do reszty Wietnamu. Jednak jeśli wypoczywać na tropikalnej plaży, to uważam, że jest dużo więcej ładniejszych miejsc w Azji i na świecie, więc dziwię się turystom, którzy przylecieli zobaczyć tylko Phu Quoc z całego tak bogatego w atrakcje Wietnamu. Ale przy okazji zwiedzania, na odpoczynek – mogę polecić.
Dzień 13 – 19 kwietnia 2024 r. – Sajgon (Ho Chi Minh City)
Porannym lotem przylecieliśmy do Sajgonu. Ale gorąco. Z hotelu pieszo dotarliśmy do Poczty Głównej, kolonialnego budynku oraz Katedry Notre Damme, niestety w remoncie, więc nie zobaczyliśmy prawie nic. Następnie targ, dość turystyczny – Ben Thanh Market. Pora na posiłek. Był to bar z zupą nr 1 na świecie (wg rankingów!) i tym bardziej nr 1 w Wietnamie – zupą Pho. Miejsce to odkryliśmy także oglądając kanał Roberta Makłowicza, nazywa się Pho Viet Nam. I faktycznie, zupa była tam najlepsza. O ile sam wywar nie różni się bardzo między restauracjami, o tyle tutaj podawano go nie tylko z zieleniną do wrzucenia, ale także z surowym mięsem do podgotowania. Wywar jeszcze wrzał na żeliwnej podstawce. I to było pyszne. Bo niestety mięso, które już pływa ugotowane w zupie, zazwyczaj jest bardzo twarde, suche i gumowate, nawet kurczak potrafi wchodzić głęboko między zęby.
Poszliśmy jeszcze pod Ratusz, przeszliśmy się nad rzeką i przez dzielnicę Japońską, która wieczorem jest bardziej dzielnicą czerwonych latarni, wróciliśmy zmęczeni gorącem do hotelu. Czas na masaż. Wieczorem pojechaliśmy do Chinatown. Lubię wietnamskie restauracje w Polsce i podawaną tam kaczkę. Niestety oryginalna kuchnia wietnamska za bardzo o niej nie słyszała. Dopiero w Chinatown, w kilkupiętrowej, niemal jak korporacja, restauracji kantońsko-hongkońskiej, zjadłem kaczkę, o której marzyłem, że będę jeść codziennie. I była przepyszna.
Dzień 14 – 20 kwietnia 2024 r. – Delta Mekongu (My Tho) i Landmark 81
Myśleliśmy, że Sajgon pochłonie nam więcej czasu. Hanoi podobało nam się bardziej. Tego dnia nic wyjątkowego w Sajgonie byśmy już nie przeżyli, więc niemal na ostatnią chwilę, zaplanowaliśmy wycieczkę po Delcie Mekongu, którą wcześniej chciałem odpuścić, sugerując się opiniami, że to obwożenie po sklepach/zakładach produkujących tradycyjne cukierki lub coś tam/farmach pszczół, a wszystko to z prośbami o napiwki i wyciąganiem pieniędzy.
Bliżej Sajgonu, wycieczki te zaczynają się w My Tho i głównie one mają opinię komercyjnych. I tam też, nie mając już zbyt wiele czasu pojechaliśmy. Znalazłem organizatora, który za 25 USD od osoby zabrał nas na prywatną wycieczkę. To prawda, że to wycieczka masowa, mimo że indywidualna co do samego przemieszczania się z przewodnikiem. Co do stłoczenia krokodyli w małym basenie można mieć też zastrzeżenia etyczne. Przepłynięcie wąskim kanałem rzeki, stanowiące niemal sztandarowe, instagramowe, pocztówkowe zdjęcie z Wietnamu, trwało ok. 10 minut, było dużo innych turystów wokół, ale mimo wszystko, miało swój urok. Ogólnie byliśmy zadowoleni, spędziliśmy ten dzień ciekawiej niż gdybyśmy zostali w Sajgonie. A co do napiwków i wyciągania pieniędzy nie było źle. 😊
Moim klientom od tego momentu proponuję jednak bardziej kameralną i osadzoną w przyrodzie wycieczkę, zaczynającą się dalej od Sajgonu, w Can Tho, m.in. ze zwiedzaniem rezerwatu i wizytą na pływającym targu.
Wieczorem, wróciliśmy do Sajgonu prosto pod najwyższy budynek w Wietnamie, liczący 461 m Landmark 81. Dostrzegłem tam logo koreańskiej restauracji Bornga, sieciówki, która oprócz Korei obecna jest właśnie w Wietnamie, Tajlandii, Singapurze, Kambodży, Chinach, Malezji, na Filipinach, w Japonii, Indonezji, Australii i… jedyna w Europie we Wrocławiu. Na Bielanach Wrocławskich. Gorąco polecam. 😊 Weszliśmy do centrum handlowego, tam było m.in. lodowisko (na zewnątrz 38 stopni w dzień), no i oczywiście windy na taras widokowy. Po drodze był jeszcze element wirtualnej rzeczywistości z goglami VR, wspinaczka na szczyt budynku i skok na spadochronie, jednak była to dość wczesna wersja VR, trochę pikselowata. Choć nogi nieco się zatrzęsły, kiedy spojrzało się w przepaść przed nami i trzeba było zrobić krok wprzód, to prawda.
Ostatnie 2 zdjęcia to już było lotnisko w Singapurze, słynna fontanna i galeria handlowa Jewel, gdzie restauracje, w tym fast foody, o dziwo zamykają się, jakby nie było to lotnisko, o 21-22…
Podsumowując, wycieczkę do Wietnamu oczywiście polecam. Bogactwo kulturowe, kulinarne, przyrodnicze, nie można się nudzić. Do tego jest w miarę tanio i zdecydowanie bezpiecznie, jak w większości miejsc w Azji. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie będziemy tam sami, innych turystów będzie dużo, a przyroda miejscami jest niestety mocno zniszczona. Widząc to, myślałem wtedy o Tajlandii, czy jeszcze bardziej o Filipinach i np. kilkugodzinnej drodze busem przez dziewiczy Palawan, na której to drodze jedynym śladem działalności ludzkiej były gdzieniegdzie słupy elektryczne i droga, po której jechaliśmy. Wietnam jest bardzo mocno zurbanizowany. Nie znajdziemy też tu wyjątkowych w skali świata rajskich plaż. Te na Phu Quoc, przy Hoi An czy Mui Ne (gdzie nie byłem) są w porządku, ale jako element wypoczynkowy wycieczki objazdowej, a nie główny cel wycieczki pod palmy.