Miami, Florida Keys i Nowy Jork

👉 rozświetlone neonami Ocean Drive w stylu art deco i zadbane plaże Miami Beach
👉 Miami Design District, Wyndwood Walls, Little Havana i wycieczka po domach milionerów w Miami
👉 dzikie Florida Keys i wyluzowane, imprezowe Key West
👉 spotkanie z aligatorami oko w oko i przejażdżka poduszkowcem w Everglades National Park
👉 Nowy Jork, który nigdy nie zasypia i świetnie łączy się z jakimkolwiek planem podróży po USA
Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

Za dużo czytania? Zobacz relację na Instagramie z dodatkowymi zdjęciami i filmami!
Część I (Nowy Jork)
Część II (Miami i Everglades National Park)
Część III (Florida Keys)

Nowy Jork opisany jest także w tej relacji z 2014 r., a relacja z Miami poniżej zaczyna się Dnia 5.

Dzień 1, 21 listopada 2024 r.

Dojechaliśmy na lotnisko w Berlinie i w tym samym czasie dostaliśmy SMS-a, że w związku z opóźnieniem lotu o godzinę, przysługuje nam wstęp do saloniku executive lounge. Fajna funkcja Mastercard Flight delay pass w ramach karty kredytowej PEKAO z Żubrem, oprócz zbierania Miles and More za wydatki (nawet 5000 miesięcznie). Chętnie skorzystaliśmy.

Do Nowego Jorku dolecieliśmy wieczorem, wzięliśmy Ubera do hotelu i poszliśmy spać. Lecąc w tę stronę (na zachód) jest prościej się przestawić (6h różnicy). Czy lotnisko w Nowym Jorku jest ogromne? Możę i tak, ale jest podzielone na tyle odrębnych terminali, że przynajmniej ten na którym wylądowaliśmy (gdzie lata również polski LOT) sprawiał wrażenie prowincjonalnego lotniska. Lotnisko JFK czeka remont i słusznie. Widziałem ciekawy billboard zapowiadający go – Z lotniska JFK polecisz w różne miejsca, ale wkrótce lata 90. nie będą jednym z nich.

Dzień 2, 22 listopada 2024 r.

Zaczynamy zwiedzanie. Tego dnia od hotelu zlokalizowanego przy Madisson Square pójdziemy na północ. Ogólnie Nowy Jork w większości zwiedza się pieszo, bo co chwilę jest coś wartego uwagi.

Na chwilę zatrzymaliśmy się przy Empire State Building, a później przy New York Public Library – Stephen A. Schwarzman Building, na której tyłach w Bryant Park urządzono lodowisko i mały jarmark bożonarodzeniowy.

Następnie odwiedziliśmy legendarny, znany z filmów dworzec kolejowy Grand Central. Przy punkcie widokowym na główną halę, przy schodach, jest ogromny salon Apple.

Przy Rockefeller Center choinka z Kevina samego w Nowym Jorku dopiero się ubierała, żeby zaświecić wkrótce nad kolejnym lodowiskiem na świeżym powietrzu. Wstąpiliśmy do ciekawego sklepu z zabawkami, gdzie oprócz tego, że były ich tysiące, było głośno, także od nawoływań obsługi do wzięcia udziału w różnych organizowanych aktywnościach, najśmieszniejsze było stanowisko, na którym smażono z pełną powagą i zaangażowaniem pluszowe pancakes, wyjaśniając tajniki tego procesu. Ogromna kolejka. Filmik jest na Instagramie. 😊 Esencja komercji i ironiczne podsumowanie kierunków rozwoju dzisiejszego świata.

Kontynuując spacer komercyjną 5th Avenue ze sklepami wszystkich światowych marek, zajrzeliśmy także do bardzo ładnych kościołów, katedry św. Patryka i kościoła św. Tomasza. Na chwilę także do Trump Tower ze sklepikiem z gadżetami i wcale nie tak drogą restauracją.

My zjedliśmy jednak w typowym amerykańskim dinerze. Moje danie, stek, miało w cenie nielimitowane frytki. Tego dnia jeszcze nie miałem ich dość, ale i tak o nie nie poprosiłem, bo już w podstawowej wersji dania było ich dużo. I tutaj jest miejsce na 2 uwagi odnośnie amerykańskich restauracji. Pierwsza odnośnie kompozycji dania, wielokrotnie spotykałem się z tym, że wyglądała ona następująco: smażone, ze smażonym, ze smażonym. Np. burger albo smażone owoce morza, frytki, a żeby nie było żadnych warzyw, których przecież nikt nie lubi, to jakieś smażone kulki nie wiadomo z czego. Po krótkim czasie tęskni się za warzywami (bo na śniadaniach także ich nie ma). Całe szczęście w USA nie jest się zdanym tylko na kuchnię amerykańską, sytuację ratuje np. meksykańska i kubańska (w Miami).

Druga uwaga dotyczy absurdalnej dla mnie polityki doliczania podatku VAT dopiero na etapie rachunku (tak jakby można było go sobie odliczyć biorąc fakturę na firmę na jedzenie…) i napiwków, które właściwie w większości w miejsc są tak samo obowiązkowe jak podatek. W wysokości 18% minimum. W niektórych miejscach to klient decyduje o napiwku, wpisując go długopisem na rachunku lub na terminalu, przy czym nie zostawienie go ponoć jest bardzo źle widziane i na to nie mieliśmy odwagi. Ale i tak nie było wiele sytuacji, które wymagały zastanowienia się, bo dużo częściej napiwek jest po prostu doliczany tak jak podatek. Tłumaczone jest to tym, że w tym najlepszym państwie na świecie (wg opinii niektórych mieszkańców) pensja nie pozwala pracownikom na utrzymanie się przy życiu, więc to na klientach spoczywa zapewnienie im wynagrodzenia, które jednak pozwoli przeżyć, nie na pracodawcy. Płacenie ceny ściśle podanej w menu byłoby więc okropną chytrością i bezdusznością ze strony klienta. Rozumiem, że w USA koszty życia są stosunkowo wysokie, zwłaszcza w Nowy Jorku, nie chodzi mi o to, że powinno być taniej, bo z czegoś te ceny wynikają, ale chodzi mi o sposób, w jaki jest to bezsensownie zorganizowane.

Kto korzysta na tym, że obliczenie ostatecznej ceny za posiłek jest tak skomplikowane? Cena netto z menu + podatek + napiwek, ale napiwek z kolei liczony od ceny netto? Że ciężko jest rozliczyć się ze znajomymi? Nikt. Według mnie wszyscy na tym tracą, w tym restauracje, bo klienci zamawiają mniej, niż gdyby ceny były czytelne i całkowite (jak np. w Azji, a zwłaszcza w Korei gdzie termin napiwku jest nieznany i ludzie jakoś żyją). W psychologii i ekonomii jest teoria perspektywy Kahnemana i Tverskiego, mówiąca w dużym uproszczeniu, przekładając ją na wydatki i korzyści, że dużo małych, osobnych wydatków boli bardziej niż ich jedna suma, z kolei dużo małych korzyści cieszy bardziej niż ich suma. Stąd magia all-inclusive, jeden duży wydatek boli mniej, niż płacenie za każdy posiłek osobno, nawet gdyby ostatecznie miało wyjść to taniej. W USA, miejscu gdzie powstała ta wiedza, wykorzystano ją w sposób odwrotny, niespotykany na skalę światową. Każdy rachunek, np. z Ubera czy wypożyczalni samochodów składa się z ogromnej ilości pozycji – tax, fee, supplement, charge i inne.

Co do napiwków, są one oczekiwane nawet w Starbucksie, innych kawiarniach, fastfoodach i miejscach bez obsługi kelnerskiej, dotykowe ekrany pytają o jego wysokość podczas dokonywania płatności.

Wracając do zwiedzania, po posiłku przeszliśmy się po Central Parku, ale o tej jesienno-zimowej porze roku był dość depresyjny. 😊

Ściemniło się, a to idealna pora na Times Square.

Wieczorem zjedliśmy pizzę na kawałki w legendarnej Joe’s Pizza, gdzie wnętrze zdobią zdjęcia gwiazd, które ją odwiedzały. No cóż, nie zasługuje na swoją legendę i żeby stać po nią 15 minut w kolejce, a później jeść na stojąco, o ile takie stojące miejsce znajdzie się w lokalu. 😊

Dzień 3, 23 listopada 2024 r.

Tym razem pójdziemy na południe od hotelu, skorzystaliśmy z metra i wysiedliśmy w dzielnicy Little Italy. Oprócz włoskich kawiarni i restauracji znajduje się tam m.in. całoroczny sklep z ozdobami świątecznymi. Dzielnica jest nieduża i szybko przechodzi w Chinatown, gdzie można oprócz sklepów i restauracji (tam zjedliśmy w końcu coś pysznego 😊), trafić także na świątynie buddyjskie.

Następnie atrakcyjnym szlakiem zahaczającym o Most Brooklyński i dzielnicę finansową (jest tu ładniej niż w okolicach 5th Street czy Central Parku), przeszliśmy się pod nowojorską giełdę (New York Stock Exchange) ze słynną rzeźbą brązowego byka (za duża kolejka do zdjęć…). Później do centrum handlowego Oculus World Trade Center, w którego podziemiach znajduje się oryginalne wejście do metra, stacja World Trade Center, gdzie na jednych z drzwi pozostawiono na pamiątkę wysprejowany napis 13/9, oznaczający, że tego dnia sprawdzono ten fragment w poszukiwaniu ofiar… To miejsce wywołuje dreszcz. I w końcu zobaczyliśmy sam pomnik-fontannę 9/11 Memorial.

Metrem podjechaliśmy na drugą stronę rzeki, na Brooklyn, zobaczyć nocą most i elegancką dzielnicę mieszkalną Dumbo, z widokiem na Manhattan.

Kolację zjedliśmy w legendarnym, ale zasługującym na swoją sławę, Halal Guys, food trucku z gyrosem. Pamiętam go i dobrze wspominam z mojej pierwszej wizyty w Nowym Jorku w 2014 r.

Dzień 4, 24 listopada 2024 r.

Dzień rozpoczęliśmy od przejażdżki… kolejką linową na Roosevelt Island. Bilet kupuje się jak na metro, zbliżając kartę lub telefon, to jest zresztą część systemu komunikacji publicznej.

Następnie pojechaliśmy na South Ferry, skąd kursują bezpłatne promy na Staten Island. Ta nie była naszym celem, ale dobry widok na Statuę Wolności po drodze i Manhattan – już tak.😊 Na Staten Island wysiedliśmy i wsiedliśmy z powrotem.

Obiad zjedliśmy w świetny miejscu, które całe szczęście tak jak Halal Guys, ale już nie Joe’s Pizza, zasłużyło na swoją sławę: Los Tacos No. 1. Kolejka i jedzenie na stojąco, ale smak – niesamowity.

Na kolację odkryliśmy z kolei z powrotem coś z kuchni amerykańskiej, wprawdzie sieciówkę, obecną nawet w Europie czy Emiratach Arabskich, ale chyba mocno wierną swoim korzeniom: burgerownię Five Guys. Najlepsze burgery. Mimo, że nie wyglądają.

Dzień 5, 25 listopada 2024 r.

W końcu czas zmienić klimat na cieplejszy. Lecimy do Miami! Widoki z samolotu na wschodnie wybrzeże między Nowym Jorkiem a Miami było średnie, dużo terenów podmokłych ciągnących się w głąb lądu (co jest atrakcją dla ptaków), ale dla turystów – raczej mało typowych plaż.

Odebraliśmy swoje elektryczne auto, Polestar 2. Byłem ciekaw jak się sprawdzi, wiedząc, że możemy sobie na to pozwolić, bo nie mamy do pokonania dużych odległości (jak byłoby np. w Kalifornii). Czy to się opłaca, będąc turystą? Zdecydowanie nie. Ładowanie kosztuje tyle samo co kosztowałoby paliwo, a znaleźć ładowarkę oczywiście jest ciężej niż typową stację benzynową (gdzie ładowarek w ogóle nie ma). Do tego pewne sieci ładowania jak np. Blink odpadają, nie mając fizycznej karty członkowskiej ani możliwości ściągnięcia ich aplikacji na swój telefon z Europy (sklep Apple czy Google nie pozwala). My korzystaliśmy tylko z Electrify America z najszybszymi ładowarkami. Przy czym powyżej 80% naładowania prędkość tak spada, że nie chce się czekać dłużej na każdy kolejny procent, chyba, że akurat jest się na zakupach. Raz w kolejce do podłączenia samochodu czekałem pół godziny, powstał komitet kolejkowy – kto jest po kim, więc miałem okazję zapytać o wrażenia z korzystania z samochodu elektrycznego mieszkańców i zrozumiałem po co się w to bawić. Kupując auto elektryczne, można otrzymać nawet 2 lata ładowania gratis na ładowarkach. Wtedy ma to większy sens.

W Miami Beach, gdzie był nasz hotel, zjedliśmy kolejne pyszne tacos i burrita (Dulce Vida Mexican Restaurant  – polecam) i późne popołudnie spędziliśmy na plaży. Jak na plażę miejską (za czym nie przepadam), jest naprawdę fajna, czysta, z dobrą infrastrukturą, ale jednocześnie nie zbyt komercyjna.

Wieczorem przeszliśmy się po słynnej ulicy Ocean Drive z neonowo pomalowanymi i podświetlonymi budynkami w stylu art deco. Najokazalszym z nich był Pałac Versace, gdzie znany projektant został zastrzelony w 1997 r. Dziś mieści się tam włoska restauracja, stosunkowo niedroga jak na warunki amerykańskie.

Przeszliśmy się także głośną i pełną restauracji Espanola Way.

Dzień 6, 26 listopada 2024 r.

Do południa cieszyliśmy się słońcem na plaży, po południu pojechaliśmy do samego Miami City. Rozpozęliśmy od Miami Design District z eleganckimi butikami i ciekawą architekturą.

Następnie Wynwood Walls z ulicznymi graffiti.

Już po zachodzie słońca, kiedy słynny park, w którym starsi panowie grają w domino był zamknięty, dojechaliśmy do Little Havana, skupiającej wokół Calle Ocho wiele restauracji.

Wstąpiliśmy jeszcze do centrum handlowego na częściowo otwartym powietrzu – Brickell City Centre, skąd roztaczały się widoki na miasto nocą. Na przejściu dla pieszych spotkaliśmy jeżdżącego robota dowożącego jedzenie, chyba Uber Eats albo z innej aplikacji.

Kolację tym razem zjedliśmy elegantszą niż fastfood, bo w kubańskiej restauracji przy Espanola Way. Kelnerka była bardzo miła, niemniej troszkę pijana. 😊

Dzień 7, 27 listopada 2024 r.

Do południa, znowu trochę plaży. 😊 Później zjedliśmy prawdziwie włoską pizzę (w dobrej cenie!) w Pummarola Miami Beach „Pizza Napoletana„. Zwykle nie piszę tyle o jedzeniu, ale myślę, że USA nie są najlepszym krajem na próbowanie kuchni świata czy zażywania luksusu w sferze kulinarnej (na co jest miejsce np. w Azji), więc te polecenia jak przeżyć, nie zbankrutować i wrócić bez cholesterolu powyżej 300, mogą być przydatne. 😊

Wybraliśmy się na tanią (niecałe 100 zł/os) i dość ciekawą, półtoragodzinną wycieczkę statkiem po rezydencjach bogaczy, położonych na wyspach między Miami City a Miami Beach. Tak, tam też na koniec proszono o napiwki.

Dzień 8, 28 listopada 2024 r.

Wyjeżdżamy z Miami na Florida Keys, wąski półwysep, właściwie mierzeję, która kończy się miejscowością Key West, blisko Kuby. Tego dnia zaplanowaliśmy wizytę w John Pennekamp Coral Reef State Park. Zaczynają się tam 2 bardzo krótkie ścieżki przyrodnicze, jest dość ciekawe Visitor Center z akwariami z rafą koralową i można popływać kajakiem. Ale niestety ten snorkeling, o którym czytałem i który skłonił mnie do spróbowania go tutaj, jest bardzo słaby. Mętna woda i niewiele ciekawego. Być może na typowych wycieczkach snorkelingowych statkiem w różnych częściach Florida Keys jest lepiej, ale nie chcieliśmy poświęcać na taką czasu, którego nie mieliśmy zbyt wiele, zwłaszcza, że nie jest to jakiś topowy w skali świata region, jeśli chodzi o nurkowanie.

Wieczorem, przy zachodzie słońca, popływaliśmy kajakami dostępnymi za darmo w naszym hotelu (i wielu innych) po namorzynowm wybrzeżu. Trochę dzikości, w końcu.

Dzień 9, 29 listopada 2024 r.

Wybraliśmy się na Key West. Po drodze zatrzymaliśmy się tylko na czas prania w pralni samoobsługowej (polecam to rozwiązanie, lepsze niż dopłacać za bagaż nadawany😊) na Sombrero Beach. Plaża całkiem ładna, ale bez możliwości snorkelingu – o której czytałem. Może dla niektórych snorkeling to zanurzenie głowy w masce, to to z pewnością się tu da, ale żeby jeszcze zobaczyć coś ciekawego, to nie.

Po dojechaniu do Key West, zaparkowaliśmy na niewielkim, bezpłatnym parkingu przy Fort Street. Pobliskie domki z suszącym się praniem i wystawionymi poniszczonymi tapicerowanymi fotelami na dworze przypomniały mi nieco reportaż „Sprawy dla reportera” o osiedlu Nowy Świat. No cóż, przeciętne amerykańskie życie to nie jest życie w penthousie na Manhattanie.

Po chwili doszliśmy do obleganego (kilkudziesięciometrowa kolejka) najbardziej wysuniętego na południe punktu Stanów Zjednoczonych, skąd jest już tylko 90 mil do Kuby. Pokonaliśmy całą, najbardziej popularną Duval Steet z licznymi „legendarnymi” pubami, jak ten obwieszony dolarami. W Key West spotkać można chodzące luzem po ulicy kury i właśnie na nie trafiliśmy, tuż przed kolacją w Boat House Bar & Grill (dobre happy hours, małe dania za pól ceny), gdzie nawet nimi pachniało – nie wiem czy to dobrze, ale jedzenie było dobre, a widoki ładne. 😊

Już po zachodzie słońca dokończyliśmy spacer po mieście, w tym spróbowaliśmy legendarnego Lime Pie (może być) i zajrzeliśmy przez płot do domu Ernesta Hemmingwaya, gdzie obecnie mieszkają koty zapoczątkowanej przez niego rasy z sześcioma palcami u łapek.

Dzień 10, 30 listopada 2024 r.

Czas wracać do Miami i do Polski. Ale przedtem, czeka nas jeszcze dużo wrażeń. Z Florida Keys pojechaliśmy do Parku Narodowego Everglades, konkretnie do Royal Palm Visitor Center, gdzie przeszliśmy bardzo przyjemną ścieżkę wśród mokradeł po drewnianych pomostach i drugą, krótszą, w dzikich zaroślach. Mieliśmy szczęście, spotkaliśmy aligatora i to na samym początku. Wydają się powolne i senne, ale jeśli któryś odwiedzający zabrałby ze sobą psa, mógłby bardzo szybko skończyć w jego paszczy. Bywały takie przypadki, stąd zakaz wprowadzania zwierząt (chyba, że na rękach, co niektórzy praktykowali).

Szybki meksykański lunch i po godzinie jazdy byliśmy na wycieczce airboatem w Buffalo Tiger’s Airboat Tours. Takich firm jest mnóstwo, ceny wycieczek bardzo podobne ok. 25 USD/os, ale wybrałem tę, najbardziej kameralną i z najlepszymi ocenami. Trwała tylko 45 minut, ale dostarczyła nam ogromnej ilości wrażeń. Sama przejażdżka poduszkowcem jest czymś ciekawym, a jeszcze po tak dzikim akwenie, z możliwością zobaczenia aligatorów z bliska, którym przewodnik wkłada ręce do paszczy… Mimo że nie jest to ZOO, aligatory przebywają raczej w tych samych miejscach, więc przewodnicy wiedzą który gdzie będzie czekał i na co mogą sobie z nim pozwolić. Tu istotne rozróżnienie: to były są aligatory, żyjące wyłącznie w słodkich wodach, mniejsze i mniej agresywne. Krokodyle żyją w wodach słodkich lub słonych, są większe i bardziej agresywne. Ostrzeżenie prze krokodylami było na plaży w John Pennekamp Coral Reef State Park, gdzie byliśmy 2 dni wcześniej.

To było bardzo ekscytujące doświadczenie na domknięcie pobytu. Ruszyliśmy w stronę lotniska, ładując po drodze samochód w galerii handlowej (nawet nie było dużej kolejki do ładowarki). Wizyta w executive lounge, akurat Turkish Airlines, bo takie brało udział w Mastercard Flight Delay Pass, a nam zostały kody wejściowe po jeszcze jednym na osobę z poprzedniego lotu zgłoszonego z dwóch odrębnych kont 😊 i lot do Berlina. Koniec przygody.