Malezja

👉  stolica galerii handlowych, nowoczesne i czyste Kuala Lumpur ze świetnymi foodcourtami
👉  dzika przyroda w Parku Narodowym Taman Negara
👉  plantacje herbaty w Cameron Highlands
👉  kolonialne Ipoh
👉  wyspa Penang z najlepszym streetfoodem w kraju, kolonialnym George Town i majestatyczną świątynią Kek Lok Si
👉  wyspa Langkawi na krótki wypoczynek na plaży
👉  Borneo, gdzie spotkacie nosacze i orangutany

Zainteresowany? Zapytaj o ofertę dla siebie!

Za dużo czytania? Zobacz relację na Instagramie.
Część I
Część II
Część III

Dzień 1, 25 stycznia 2025 r. – przesiadka w Amsterdamie

W końcu nadeszły czasy, w których dzięki rozwojowi siatki połączeń, lot z Wrocławia nie musi być dużo droższy, a nawet jak w tym wypadku, może mieć dobrą cenę. Linią KLM wyruszyliśmy w podróż do Kuala Lumpur z kilkugodzinną, przyjemną przesiadką w Amsterdamie.

Dzień 2, 26 stycznia 2025 r. – przylot do Kuala Lumpur, Petronas Tower

Z lotniska do hotelu w Kuala Lumpur, niedaleko Petronas Tower, dotarliśmy kiedy zaczęło się ściemniać. Z okien Ubera miasto robiło wrażenie dość czystego, uporządkowanego. Na pierwszy posiłek w Malezji, przechodząc przez bardzo przyjemny park miejski przy Petronas Towers, wybraliśmy się do food courtu Malaysia Boleh at Four Seasons Place KL. Niewielki, na poziomie -1, niezbyt dobrze oznaczony i można zwątpić, że to tam, ludzi jest niewielu, ale za to bardzo autentyczny. Faktycznie są to stragany z jedzeniem, tyle że w warunkach galerii handlowej, z których każdy specjalizuje się w kilku daniach. Świetna jakość i ceny, do tego porcje większe niż w bardziej komercyjnych miejscach. Zachwycił mnie poznany jeszcze w Tajlandii omlet z ostrygami. A dziwny deser ABC (ais kacang), składający się z kruszonego lodu polanego syropami smakowymi, orzeszków, ziaren fasoli i innych dziwnych rzeczy, okazał się naprawdę smaczny.

Najbardziej znany food court w galerii handlowej Suriya w Petronas Tower przypomina te polskie strefy gastronomiczne w galeriach, tyle, że jest dużo większy. Niby ok, ale to jednak co innego. Pochodziliśmy także i po tej galerii, Suriya KLCC. Robi wrażenie, faktycznie. Dużo luksusowych marek. Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo Malezja jest krajem galerii handlowych, to był dopiero początek. 😊

Dzień 3, 27 stycznia 2025 r. – Kuala Lumpur (Merdeka Square, Pataling Street, Thean Hou, Little India)

Po śniadaniu z widokiem na drapacze chmur, pojechaliśmy na Plac Niepodległości (Merdeka Square). Kolonialny budynek Dataran Merdeka niestety był w remoncie (mam taką refleksję, że cały świat jest w remoncie, często trafiam na remonty). Zrewitalizowanym nieco nabrzeżem rzeki doszliśmy do dzielnicy targów i straganów. Wstąpiliśmy na targ Pasar Seni, głównie z pamiątkami i do zadaszonej części na świeżym powietrzu przekąskami, deserami, sokami.

Następnie odwiedziliśmy świątynię Sin Sze Si Ya oraz hinduską Sri Maha Mariamman.

Przeszliśmy się po ruchliwej, handlowej Pataling Street. Zjedliśmy makaron sojowy w jednym z legendarnych miejsc, które nie tak prosto było odróżnić od innych. Wybraliśmy się na masaż, zerknęliśmy na pustawą za dnia ulicę z ulicznym jedzeniem i restauracjami Jalan Alor i odpoczęliśmy chwilę w  hotelu.

Na wieczór wybraliśmy się do świątyni Thean Hou, która wieczorem robi szczególne wrażenie.

Dzień zakończyliśmy kolacją w Little India, w lokalu Erode Amman Mess. Kuchnia południowo-indyjska. Oj, to jest różnica względem indyjskiego jedzenia jakie znamy w Europy, jak się dowiedziałem od zagadującej nas Indyjki, klientki ze stolika obok, chcącej coś polecić z pierwszej ręki, to co my znamy jest z północnych Indii. Talerzem jest liść bananowca i je się głównie rękami. Przepyszne. Choć np. zupa krabowa była wściekle ostra, ale pół dałem radę zjeść.

Dzień 4, 28 stycznia 2025 r. – Kuala Lumpur (Batu Caves, Perdana Botanical Gardens)

Pierwszym punktem tego dnia były Batu Caves, kompleks hinduskich świątyń widowiskowo wkomponowany w skały. Na obrzeżach Kuala Lumpur, dojazd Uberem był niedrogi i prosty. Oprócz samych świątyń, atrakcją kompleksu są skaczące po skałach przy ostatniej świątyni małpy.

Następnie pojechaliśmy do miejskiego parku Perdana Botanical Gardens. Bardzo ładnie utrzymany i raczej pusty.

Znowu nadeszła pora na masaż, jak to w Azji (za co ją uwielbiam). Choć w Malezji ceny są dużo bardziej zróżnicowane niż w Tajlandii czy Wietnamie. Standardowa cena jest niewiele niższa niż w Polsce, ale da się znaleźć miejsca, gdzie godzinny masaż kosztuje 50-70 zł. Czasem trochę mało przytulne, ale jakość jest dobra. Po masażu przeszliśmy się ruchliwymi ulicami w okolicach, oczywiście kolejnej galerii handlowej, Pavilion. Wszystkie chińskie dekoracje jakie widać na zdjęciach mają oczywiście związek z Chińskim Nowym Rokiem. Tego dnia mieliśmy okazję spędzić dodatkowego sylwestra, po niecałym miesiącu od „naszego”, obserwując fajerwerki… z góry, z 40 piętra na którym mieścił się nasz apartament. Nietypowe doświadczenie. Obchody Chińskiego Nowego Roku trwają długo, to nie jest jeden wieczór z fajerwerkami i petardami, raczej 2 tygodnie. Cały czas w Kuala Lumpur słyszeliśmy ich nietypowe, bo odbite od wieżowców dźwięki, początkowo myśląc, że to hałasy z budowy.

Dzień 5, 29 stycznia 2025 r. – droga do Taman Negara

Co zasługuje na odnotowanie tego dnia, to spotkanie z ogromną kobrą na drodze, blisko naszego celu czyli Parku Narodowego Taman Negara. Była tak ogromna, że zajęła całą szerokość jezdni. Wszystko trwało sekundy, ominąłem ją z prawej strony, niestety nie mamy żadnego zdjęcia.

Kolację zjedliśmy w restauracji na wodzie. Niestety menu w tej restauracji i innych w tej małej osadzie, bazie wypadowej do parku, było bardzo podobne i nudne. Wszystko opierało się o wybór rodzaju mięsa lub ryby oraz sosu (typu black pepper, „paprika” itp.), nie wiem czy przypadkiem nie z torebki. Gramatura mięsa to było jakieś 50 g, reszta to ryż i sos. To nie był wielkomiejski foodcourt, niestety.

Dzień 6, 30 stycznia 2025 r. – Park Narodowy Taman Negara

Wyruszyliśmy do parku. Najpierw trzeba przepłynąć rzekę za 1 RM (czyli ok. 1 zł), a następnie kupić bilet wstępu już po drugiej stronie. Do przejścia bez przewodnika jest niestety tylko jedna trasa, na górę Bukit Terisek. Można byłoby zejść z niej inną trasą, ale jest karteczka, że tylko z przewodnikiem, a oprócz tego faktycznie jest bardzo stroma, z wystającymi korzeniami. Najbardziej fotogeniczna atrakcja parku czyli ścieżka na linach, niestety od miesięcy była zamknięta. Jak wiele innych atrakcji tego typu, na które trafiliśmy później w kraju. Nie wiadomo co było przeszkodą, żeby naprawić ją szybciej.

Wróciliśmy na drugi brzeg, zjedliśmy obiad i ponieważ zostało jeszcze trochę czasu do zachodu słońca, wymyśliliśmy sobie wycieczkę łódką po rzece i podziwianie dżungli z tej perspektywy.

Dzień 7, 31 stycznia 2025 r. – droga do Cameron Highlands, pola herbaciane

Po 16 dotarliśmy do plantacji herbaty Cameron Valley. Dość komercyjnie, instagramowo, ale mimo wszystko miało to jakiś swój klimat. Następnie, gdy się już ściemniło, przeszliśmy się po nocnym targu ze streetfoodem Pasar Malam Cameron Highlands, ale ostatecznie trafiliśmy do bardzo fajnej restauracji typu „all you can eat” (w dobrej cenie): Highland Steamboat. Połączenie grilla i hotpota jest tu bardzo popularne. Samo Cameron Highlands jest raczej takim Karpaczem, nic szczególnego. A co do tras pieszych w okolicy, jest ich kilka, teoretycznie, ale kilka zamkniętych, kilka z opiniami, że po drodze jest śmietnisko, a wszystko się wali. Więc nie jest to raj dla wędrowców.

Dzień 8, 1 lutego 2025 r. – droga do Penang przez Ipoh

Zwiedzanie Ipoh rozpoczęliśmy, jak to w Azji, od jedzenia. Na dość fajnym foodcourcie 188 Food Centre. Później masaż. Następnie przeszliśmy się instagramowymi, street-artowymi ulicami.  Miasto jest ładne, to prawda i warto się tu zatrzymać.

Wieczorem dotarliśmy na wyspę (połączoną mostem) Penang. Pod naszym hotelem znajdował się, oczywiście, świetny foodcourt Viva Local Food Haven, więc i tym razem od tego rozpoczęliśmy swoją wizytę na wyspie. 😊

Dzień 9, 2 lutego 2025 r. – Penang (Kek Lok Si, Georgetown)

Dzień rozpoczęliśmy od wizyty w najpopularniejszej na wyspie świątyni Kek Lok Si. Można tam spędzić i 2 godziny, jest ogromna. Do wyżej położonej części wjeżdża się kolejką.

Z kolejki na najwyższy szczyt górski wyspy zrezygnowaliśmy po przejrzeniu zdjęć z opinii na Googlach, widoki nie są nie wiadomo jak spektakularne, a wszystkie procedury związane z wjazdem tylko zabrałyby nam czas, którego dużo nie mieliśmy.

W drugiej części dnia zwiedzaliśmy stolicę, Georgetown, także w klimacie kolonialno, instagramowo, streetartowym. Naprawdę ciekawe miejsce. Do kilku zabytków można wejść, np. do Pinang Peranakan Mansion – wnętrza robią wrażenie.

Dzień 10, 3 lutego 2025 r. – Langkawi

Przylecieliśmy na Langkawi, spotykając na lotnisku Dreamliner LOT-u. I tutaj, wyprzedzając trochę opowieść, powiem, że dziwię się, że został uruchomiony tu czarter, a wycieczki sprzedawane tutaj są jako na „rajską wyspę”. Jako element odpoczynku na krótko, może być, ale żeby przylecieć tylko tutaj i tyle zobaczyć z Malezji, to jeszcze mniej rozsądne niż sam na Phu Quoc w Wietnamie. Ale jeśli turyści chcą mieć zaliczony kolejny kraj, a właściwie hotel w kraju, nie poznając samego kraju, to się da, tylko po co. 😊

Dzień 12, 5 lutego 2025 r. – Kilim Geoforest Park

To największa atrakcja wyspy, park, który zwiedza się z pokładu łódki. Długość wycieczek jest do wyboru, od 1 do 3 godzin, my wybraliśmy 2-godzinną, a i tak trwała krócej, mimo że jeszcze w trakcie dość dużo czasu zajmował postój w restauracji, gdzie w siatkach zanurzonych w morskiej wodzie, stłoczono kilka ryb i płaszczek jako atrakcję. Także bez porównania do wycieczek znanych np. z Tajlandii.

Dzień 14, 7 lutego 2025 r. – Borneo (Kuching)

Przylecieliśmy na Borneo, do miasta Kuching. Całkiem przyjemne, z dobrym jedzeniem, jak np. sushi czy foodcourt TOP Spot.

Dzień 15, 8 lutego 2025 r. – Borneo (Park Narodowy Bako)

Czas zobaczyć nosacze, z których znany jest ten park narodowy. Całe szczęście, mieliśmy okazję je spotkać jeszcze na naszym hotelowym parkingu, który był dość dziki (jak całe Borneo). I to nie raz.

Po dojechaniu do siedziby parku Bako zostawia się samochód na parkingu i przesiada na łódkę, która przedzierając się przez fale wzburzonego, żółto-brązowego Morza Chińskiego, zabierze nas do odciętego od świata, właściwego terenu parku. Tam w siedzibie należy zgłosić na jaki szlak się wybieramy i tak samo zgłosić swój powrót z niego. Tego dnia nie wstaliśmy zbyt wcześnie, więc nie zostało nam wiele czasu na wędrówki, ponieważ o 15 odpływała ostatnia łódka (turyści zostający na noc mogą zwiedzać park do 17). Wybraliśmy dość krótką trasę, brzmi to śmiesznie, 800 metrów w jedną stronę, ale jej przejście zajęło nam chyba 40 minut i potężnie oblało potem. Nie wymagała dużo wspinaczki, ale samo zrobienie kroku mocno w górę, np. na kamieniach czy korzeniach, w palącym słońcu i bardzo wysokiej wilgotności, już mocno męczy i przegrzewa organizm, który nie ma jak tego ciepła oddać, bo gorące, wilgotne powietrze go oblepia z każdej strony. Nosacza spotkaliśmy tylko jednego, tym bardziej doceniamy doświadczenie z hotelowego parkingu, gdzie było ich wiele.

Dzień 16, 9 lutego 2025 r. – Borneo (Semenggoh Wildlife Center)

Wstaliśmy wcześniej, by zdążyć na karmienie orangutanów w ich ostoi. Żyją tam zupełnie na wolności, ale mogą przyjść po jedzenie. Jednak w tej porze roku owoców w lesie jest dużo, więc od wejścia widzieliśmy informacje, że szanse na ich zobaczenie są małe. Karmienie trwa od 9 do 10. Wszyscy w napięciu czekali i wypatrywali orangutanów, obsługa parku z dużym zaangażowaniem je nawoływała, ale nic to nie dało. Powoli czas dobiegał końca i szykowaliśmy się do wyjścia, by spróbować szczęścia podczas drugiego, popołudniowego karmienia, ale jednak, coś się poruszyło i… przyszedł pierwszy orangutan. A potem jeszcze kilka. Mieliśmy dużo szczęścia. Nie mogliśmy przestać robić zdjęć i filmików. Fantastyczne doświadczenie.

Później poszliśmy na sushi i masaż. I tak podróż dobiegła końca.

W drodze powrotnej udało nam się dość tanio (1200 zł/os) podwyższyć klasę podróży do premium economy na 13 godzinnym locie z Kuala Lumpur do Amsterdamu. W tej cenie warto, ale w regularnej cenie premium economy, nie warto. Ta klasa to trochę dziwny wynalazek, bo komfort nie jest tak bliski klasy biznes, jak jej cena, jak dla mnie zbyt wysoka. Ceny biznes klasy też są wysokie, ale bardziej zrozumiałe jest, że gdy zajmuje się przestrzeń 3-4 miejsc economy, to tyle więcej (+ premia za usługę premium) należy zapłacić.

Podsumowując, podróż była udana, pełna wrażeń, jednak Malezjo, wybacz, w moim sercu numerem jeden pozostanie Tajlandia!